RECENZJA #2: Hey – Błysk (2016)

Zazwyczaj zapoznając się z twórczością danego artysty czy zespołu, poznaję dyskografię od pierwszej płyty, aby mieć porównanie, czy wykonawcę stać na więcej, czy rozwija się muzycznie, czy stoi w tym samym miejscu. W przypadku zespołu Hey znałam jedynie te bardziej popularne utwory, jak [sic!], Teksański czy Moja i twoja nadzieja. Jednak to dopiero Błysk poznałam w całości i to od niego zaczęła się moja fascynacja zespołem.

Album rozpoczyna się tytułową kompozycją, która może być najtrudniejszą w odbiorze z całego krążka, ponieważ wokalistka – Kasia Nosowska – nie śpiewa, lecz melorecytuje. Zachwycają mnie miarowe uderzenia perkusji i brzmienie gitary. To zdecydowanie świetny wstęp, zachęcający do dalszego słuchania wydawnictwa. Zaraz po Błysku, słyszymy Szum, po który mimo, że dawniej był kompozycją, do której wracałam najczęściej, dziś najrzadziej sięgam. Wersja z albumu jest bardzo elektroniczna i zdecydowanie bardziej podoba mi się jego koncertowa aranżacja.
Ku Słońcu to utwór, który uwielbiam, z chwytliwym refrenem i tajemniczą postacią Siro Alfonzo Moraleza.

Pierwszym singlem promującym płytę zostało Prędko, prędzej i uważam, że słusznie to ta kompozycja „reprezentuje” cały Błysk, ponieważ ukazuje dobrze z jakim klimatem mamy na nim do czynienia – to mieszanka mądrze użytej elektroniki, alternatywy i rockowego zacięcia.

Za kompozycję 2015 całemu zespołowi należą się ogromne brawa. Wszystko jest tu tak dopracowane, przemyślanie zagrane i zaśpiewane, że nie sposób nie zakochać się w tym utworze. Już od pierwszych dźwięków gitary basowej i perkusji, wiemy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowo dobrym i ponadprzeciętnym. Dalej to natomiast jeden z moich ulubionych utworów pod względem tekstu, który zdaje się mówić o zaniżonym poczuciu własnej wartości:

Z pewnego oddalenia, kosmosu świetlnych lat, właściwie nie ma i nie było mnie. Punktualnie ze mnie kpisz, jestem pył, dmuchany ryż. Nie ważę, nie znaczę tutaj nic.

Do Hej hej hej nie byłam na początku przekonana. Niewpadające w ucho zwrotki, banalny wręcz refren. Dopiero po czasie doceniłam ten utwór. Tytułowe słowa nie chcą wyjść z głowy na długo, tekst jest przemyślany i niebanalny, w przeciwieństwie do wielu, które mówią o miłości. Podobają mi się różne dźwięki użyte w tej kompozycji, począwszy od gitary w zwrotkach, a kończąc na wyśpiewywanym w tle tururururututuru. W kompozycji I tak w kółko również uwielbiam brzmienie gitary basowej i przejście z bardziej energicznych zwrotek w nieco zwolniony refren. Dalej mamy -przypominający nieco Imagine Johna Lennona – Cud, który jest jedyną taką balladą na krążku i który również bardzo cenię pod względem zarówno muzycznym jak i tekstowym. Album zamykają chwytliwe Historie, choć uważam, że lepiej słuchałoby się ich w środku płyty, niż na pożegnanie z Błyskiem. Cud byłby dobrym zamknięciem albumu.

Przyznaję, że w pełni potrafiłam docenić Błysk po usłyszeniu kompozycji na koncercie zespołu. Na początku trochę nie doceniałam wydawnictwa. Należy się jednak wsłuchać uważniej w utwory, każdy osobno, w skupieniu, aby dostrzec, że Błysk to album dokładny i bardzo przemyślany, na którym znajduje się multum dźwięków i myśli.


Najlepsze: Błysk, 2015, Hej hej hej
Najgorsze: Szum

2 Komentarze

  • HEY chyba już zawsze będzie moim ulubionym polskim zespołem. 🙂

    • W moim prywatnym rankingu też zapewne znalazłby się wysoko 😀

Dodaj komentarz