RECENZJA #6: Hey – Ho! (1994)

Cofnijmy się trochę w czasie. Jest 1994 rok. Zespół Hey dopiero rozpoczyna swoją działalność. Już rok po wydaniu debiutanckiej płyty (Fire, 1993) grupa postanawia ukazać drugi krążek zatytułowany Ho!. I, szczerze mówiąc, cieszę się, że nie zaczęłam zapoznawać się z twórczością zespołu właśnie od niego, bo gdyby tak było, wątpię, że miałabym ochotę sięgnąć bo ich następne wydawnictwa – a dużo bym wtedy straciła.

 


J

Jak zacząć, to z przytupem – już na początku dostajemy mocny, gitarowy kawałek: Empty page i jest to jedna z moich ulubionych kompozycji na albumie. Lubię też Niekoniecznie o mężczyźnie – to chyba najprzyjemniejszy utwór ze wszystkich tutaj zaproponowanych, z zostającym na długo w głowie refrenem. Na najlepsze należy jednak poczekać – wytrwali, którzy wysłuchają albumu do końca, dostaną najbardziej przemyślany utwór z całego wydawnictwa. Mowa o naprawdę udanej balladzie Ho. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na mnie pierwsze dźwięki piosenki Chyba, jednak jej wadą jest… długość. Trwa nieco ponad minutę, a to zdecydowanie za krótko. Sprawia wrażenie niedokończonej i urwanej w połowie.

Jeden z singli promujących album – Ja sowa wzbudza wątpliwości. Pod względem muzycznym kompozycja ta mnie nie przekonuje. Może gdyby była w innej aranżacji i lepiej zaśpiewana, spojrzałabym na nią inaczej. Podoba mi się natomiast tekst – Nosowska opisuje swoją miłość używając metafory sowy. Uwielbiam też cytat:

Nie będę jadła – kocham cię

Gdyby nie kilka tych kompozycji, niestety na Ho! niewiele by się wyróżniało. Największą wadą całego wydawnictwa jest niedopracowanie, słabo wypracowany jeszcze wokal Kasi Nosowskiej i monotonność albumu – kompozycje sprawiają wrażenie zlewających się w jedną. Lubię, gdy płyta jest spójna, ale kiedy utwory są do siebie tak bardzo podobne, że nie sposób wyróżnić w nich cokolwiek, moja opinia o krążku spada.

Mamy więc tutaj jeszcze O drugim policzku z naprawdę świetnym refrenem; Is it strange, w którym podoba mi się muzyka, ale całość psuje sposób śpiewania wokalistki – podobnie zresztą jak w Misie, czy Maliny się kończą. Mam wrażenie, że utwory That’s a lie i What about me występują tu w formie zapychaczy, choć ten drugi ma lepszy refren. Jest też Between z fajnym, rytmicznym początkiem, który jednak przechodzi już po chwili w ciężką, rockową kompozycję; Cudownie natomiast mało wyróżnia się na tle pozostałych piosenek.
Najsłabsze z całej płyty jest mimo wszystko Have a nice day – to mało ciekawy utwór, a momentami wręcz irytujący, czego nie spodziewałabym się po zespole Hey.

Ho! jest albumem, do którego mam wiele wątpliwości. Z jednej strony do niektórych kompozycji da się po czasie przekonać, jeśli posłucha się ich oddzielnie i w skupieniu. Słuchanie całości jednak męczy, a wszystko zlewa się w całość.
O ile dziś można powiedzieć, że Hey jest zespołem rockowym z wpływami muzyki elektronicznej, tak w 1994 roku grupa serwowała nam rok w czystej postaci. Jednak jak się okazuje, elektronika nie zawsze psuje twórczość artystów, a wręcz przeciwnie, użyta z głową często urozmaica kompozycje. Zdecydowanie wolę nowsze poczynania formacji. Mimo, że na Ho! znajdzie się trochę dobrych utworów, jest to krążek jeszcze nie do końca dojrzały i przemyślany.


Najlepsze: Ho, Empty page, Niekoniecznie o mężczyźnie
Najgorsze: Have a nice day

4 Komentarze

Dodaj komentarz