RECENZJA #8: Agnieszka Chylińska – Forever child (2016)

Nazwisko Agnieszki Chylińskiej znane jest chyba każdej osobie mieszkającej w Polsce. Nie trzeba jej nikomu przedstawiać. Przybliżając jednak w skrócie jej aktywność na rynku muzycznym: na początku działała jako wokalistka grupy O.N.A., która rozpadła się w 2003 roku. Dwa lata później wraz z formacją nazwaną po prostu Chylińska, wydała całkiem udany krążek Winna (swoją drogą, uwielbiam pochodzący z niego utwór Niczyja). W 2009 roku ukazała się pierwsza solowa płyta Agnieszki Chylińskiej zatytułowana Modern rocking, w której porzuciła rockowe brzmienia na rzecz popu. Natomiast niecały rok temu – 30 września 2016 – powróciła wydając album Forever child, ponownie zmieniając stylistykę i zyskując ogromny rozgłos. Czy to wydawnictwo było tego aż tak warte?

 

Już od początku jest głośno, szybko i ostro – kompozycja Klincz jest bardzo elektroniczna. Nie raz podkreślałam, że rozsądnie użyta elektronika w żadnym wypadku mi nie przeszkadza. Tutaj natomiast denerwuje mnie refren, a śpiew Agnieszki jest zbyt agresywny. Nie przekonuje mnie w ogóle wstęp tego utworu, lepsze jest jego rockowe zakończenie. Odwrotnie jest natomiast w Borderline – mamy tutaj całkiem poprawne rozpoczęcie, ale po chwili przechodzi ono w irytujące, elektroniczne bity. Kolejna propozycja jaką jest Rozpal nie jest już tak męcząca jak dwie poprzednie, jednak mimo to wydaje mi się dosyć banalna. Tekst również pozostawia wiele do życzenia…

Tylko jedno, jedno wiem, że nigdy nie zapomnę tego, co dałeś mi. Kocham cię i mówię to, co czuję.

Przed sięgnięciem po całe Forever child, przewinęły mi się trzy utwory z tego krążka: znany dobrze singiel Królowa łez a także KCACNL oraz Mona Liza twoich snów. Wszystkie z nich nie przypadły mi na początku do gustu. Królowa łez irytowała mnie za każdym razem, kiedy słyszałam ją w radiu. Wciąż nie uważam, żeby była to szczególnie wybitna kompozycja, ale na tle pozostałych na krążku, przedstawia się dość przyzwoicie. To najmniej elektroniczna pozycja ze wszystkich na albumie. Podobnie zresztą było w wypadku gitarowego, energicznego KCACNL.
Mona Liza twoich snów to natomiast mój faworyt z Forever child. Elektroniczny bit, którym jest podszyty ten utwór nie irytuje, w przeciwieństwie do wielu innych na wydawnictwie. To kompozycja szybko wpadająca w ucho, a jej tekst również wyróżnia się spośród pozostałych. Gdyby cała płyta była utrzymana w klimacie tych trzech utworów, byłabym choć trochę bardziej usatysfakcjonowana.

Zbliżając się do końca płyty, dostajemy jeszcze Zostaw – ta pozycja jest pełna emocji wykrzykiwanych przez Chylińską wprost poprzez tekst. Należy ona jednak do tych bardziej irytujących, za co odpowiadają agresywne elektroniczne wstawki i wokal Agnieszki. Lepiej prezentuje się łagodniejszy Fajerwerk z całkiem przywoitym refrenem.
Kiedy przyjdziesz do mnie to pierwszy singiel z płyty, ukazany już w 2014 roku. Mocno odbiega on od stylistyki całej płyty i nie straciłaby ona na niczym, gdyby się on na niej nie znalazł, podobnie zresztą jak utwór Jak dawniej, który znajdziemy w środku krążka. Te dwie pozycje sprawiają wrażenie jedynie zapychaczy, aby uzyskać tę okrągłą liczbę dziesięciu utworów.

Sięgając po Forever child nie miałam szczególnych oczekiwań. Nie do końca wiedziałam też czego mogę się spodziewać. Podczas odsłuchu tym, co przeszkadzało mi najbardziej była infantylność tekstów. Myślę, że po czterdziestoletniej kobiecie należałoby się jednak spodziewać czegoś choć trochę bardziej ambitnego. Czy taka stylistyka jest lepsza niż ta ukazana na Modern rocking? Nie wiem, ale z pewnością nie jest to coś wybitnego do czego chciałabym wracać. Wolę zasłuchiwać się w albumie Winna, czy chociażby muzyce O.N.A. Solowej Agnieszce Chylińskiej na razie podziękuję.


Najlepsze: Mona Liza twoich snów, KCACNL, Fajerwerk
Najgorsze: Klincz, Borderline, Zostaw

3 Komentarze

Dodaj komentarz