RECENZJA #13: Melanie Martinez – Cry baby (2015)

Melanie Martinez to jedna z najbardziej barwnych i charakterystycznych postaci, jakie w ostatnich latach pojawiły się na scenie muzycznej. Swoim dziecięcym, bajkowym wizerunkiem, wzbudza w słuchaczach wiele różnorodnych opinii – jedni uważają, że jest wyjątkowa, inni natomiast, że tylko próbuje robić z siebie prawdziwą artystkę. W 2015 roku wydała swój debiutancki album zatytułowany Cry baby. Czy młoda, obchodząca właśnie dziś swoje 22. urodziny wokalistka, przekona mnie swoją muzyką, czy może raczej podziękuję i odstawię jej płytę na półkę?

 

Już od początku możemy posmakować dziecięcego klimatu, charakterystycznego dla twórczości Melanie. Podoba mi się to, że – nie tylko w tej pierwszej, tytułowej kompozycji – potrafi zaproponować nam dobry, ciekawy tekst, a przy tym chwytliwą, wpadającą w ucho melodię.
Teksty piosenek to w ogóle podstawa każdego utworu tej wokalistki. W następnej piosence, jaką jest Dollhouse, przedstawia nam fałszywy obraz perfekcyjnej rodziny:

Everyone thinks that we’re perfect. Please don’t let them look through the curtains.

W Carousel artystka zabiera nas w nieco mroczniejszy, cyrkowy klimat, tworząc jedną z najciekawszych kompozycji na Cry baby. Troszkę mroczne jest również promujące krążek Soap, w którym użyto genialnie odgłosów bąbelków pomiędzy wersami. Ta propozycja, podobnie jak Carousel należy do najlepszych kompozycji od Melanie. A skoro już przy singlach jesteśmy – nie przekonywał mnie na początku utwór Sippy cup. Teraz natomiast podoba mi się przerobiony w refrenie głos piosenkarki oraz elektroniczny bit, który podszywa tą piosenkę. Pierwszym singlem – a zarazem najsłabszą kompozycją z całej płyty – jest natomiast Pity party. Ta piosenka nie wyróżnia się bardzo spośród innych popowych utworów. Melanie już pokazała mi, że stać ją na więcej. Nie przepadam również za Tag, you’re it. Pacify her byłoby z kolei bardzo przyjemne, gdyby wyciąć fragmenty po refrenie – te z przerobionym głosem Melanie. Lepiej od tych propozycji prezentuje się chociażby łagodne Milk and cookies, czy Alphabet boy, do którego bardzo lubię wracać.
Niewątpliwie najspokojniejszym momentem płyty jest poruszająca kompozycja Training wheels charakteryzująca się genialnym refrenem.

Na koniec od wokalistki otrzymujemy iście bajkowe piosenki. Pierwsza z nich to Mrs. Potato Head, nawiązująca do postaci Pani Bulwy, znanej dobrze z animownego filmu Toy Story. Mnie natomiast bardziej ruszyła ta druga – Mad Hatter, która mogłaby trafić na soundtrack do filmu Alicja w Krainie Czarów. To właśnie na tej historii i jej bohaterach (w tekście znajdziemy niebieską Gąsienicę, Alicję i oczywiście Szalonego Kapelusznika) artystka oparła swoją kompozycję. Nawiązała nawet do jednego z najpopularniejszych cytatów z tej produkcji:

So what if I’m crazy? The best people are.

Cry baby to nie płyta idealna – znajdzie się na niej kilka rzeczy, do których można się przyczepić. Nie zapominajmy jednak wciąż, że to debiut, a całość wypada naprawdę niebanalnie. Melanie Martinez stworzyła coś zupełnie innego, niż znane nam topowe popowe wokalistki. Zgrabnie połączyła stylistykę, w jakiej utrzymuje swoją muzykę ze swoim scenicznym wizerunkiem, co nie zawsze się każdemu udaje. Utwory natomiast są dla niej tak charakterystyczne, że słuchając ich, nie da się pomylić tej artystki z nikim innym. Wkroczyła na rynek muzyczny mając pomysł na siebie. Wszystko to składa się na prosty wniosek – Melanie Martinez razem ze swoim Cry baby jest nie do podrobienia.


Najlepsze: Training wheels, Carousel, Soap
Najgorsze: Pity party

7 Komentarzy

  • Świetna recenzja – a jak trzy utwory z deluxe ? Play Date, Teddy Bear i Cake ? :p

    • Jak mam być szczera, nie zapoznawałam się z tymi utworami z deluxe, ale nadrobię to kiedyś. W recenzjach natomiast wypowiadam się tylko o podstawowych wersjach płyt 😀

  • To była jedna z najchętniej słuchanych przeze mnie płyt ubiegłego roku. Słuchałam jej tak często, że nawet zaczęłam przekonywać się do utworów, które wcześniej mi się nie podobały. Na początku moimi faworytami były „Pity Party” i „Pacify Her”, a teraz to chyba „Cry Baby” i „Soap”. Czekam też na kolejny album Martinez, podobno ma się ukazać jeszcze w tym roku.
    Pozdrawiam. 🙂

    • O, to mnie zaskoczyłaś, nawet nie wiedziałam, że ma w planach coś wydać. Czekam z niecierpliwością, jestem ciekawa, czy zostanie przy swojej charakterystycznej stylistyce. A tak poza tym – ja również kiedyś baardzo lubiłam „Pity party”, ale po zapoznaniu się z resztą utworów z jej płyty, stwierdziłam, że wypada on naprawdę blado. Miłego weekendu 🙂

  • A na mnie jej muzyka ani głos nie robią totalnie żadnego wrażenia. Nie ma tu nic ciekawego poza jej pozornie oryginalnym, kiczowatym wyglądem.

    • Co do muzyki, to oczywiście kwestia gustu, ale nie nazwałabym jej wyglądu pozornie oryginalnym, bo nie spotkałam się wcześniej z kimś, kto choć trochę by ją przypominał. 😉

  • Podoba mi się koncepcją tej płyty. Cukier nową, naiwna dziecięca stylistyka pomieszana z mrocznymi, niewesolymi tekstami. Ciekawe co dalej.

    Nowy wpis na the-rockferry.blog.onet.pl

Dodaj komentarz