RECENZJA #15: Passenger – Young as the morning, old as the sea (2016)

Kto nie zna dziś Passengera? Ukrywający się pod tym pseudonimem Mike Rosenberg wydał w 2012 roku (genialny!) singiel Let her go promujący równie klimatyczny album All the little lights. Nie można powiedzieć, że w ciągu swojej muzycznej działalności się lenił. Passenger w ciągu 7 lat wydał 7 studyjnych albumów, a w dorobku ma również krążek Wicked man’s rest, który wydał jeszcze z formacją /Passenger w 2007 roku. Jego ostatnia dotychczas płyta – Young as the morning, old as the sea ujrzała światło dzienne niecały rok temu. Czy muzyka tego wokalisty o charakterystycznym głosie wciąż trzyma poziom?

 

Na pierwszy rzut oka nie widać w muzyce Passengera wielkiej zmiany – wciąż trzyma się folkowych i indie-popowych klimatów. Jednak już otwierająca wydawnictwo kompozycja pokazuje spadek formy artysty. Z przykrością stwierdzam, że Everything zupełnie mnie nie przekonuje – to w moim odczuciu utwór zbyt ckliwy i… nijaki. Podobnie zresztą jak następny, jakim jest If you go. To prosty, indie-popowy numer, jednak słuchając go, mam wrażenie, że Rosenbergowi zabrakło na niego pomysłu.

Cieszę się więc, kiedy przychodzi pora na Anywhere – w końcu coś wyrazistego! Te gitary, ta pozytywna energia, jaką niesie za sobą singiel! Chętnie wracam do tej kompozycji i nie obraziłabym się, gdyby na Young as the morning, old as the sea było takich więcej. Bardzo dobrze prezentuje się też utwór tytułowy, w którym pojawia się nawet polski wątek, kiedy Passenger śpiewa:

I wanna go to my Polish grandmother’s house.

Do czołówki najlepszych utworów z tego krążka zaliczyłabym również Somebody’s love, w którym na początku słyszymy pianino – dużo ta kompozycja by zyskała, gdyby tak wyraźnie było je słychać przez całą jej długość. Przyjemnie słucha się poza tym Fool’s gold. Duża w tym zasługa perkusji, która nadała tej piosence wyrazistości.

Co poza tym? Wyrażenie „nic ciekawego” aż samo ciśnie się na usta. Niestety jednak tak właśnie jest. Nie dzieje się tu nic zaskakującego. Spójrzmy chociażby na When we were young; gdybym robiła pojedynek piosenek, które mają takie same tytuły, ale innych wykonawców, i zestawiłabym w tym wypadku Adele i Passengera, wygrałaby z dużą przewagą ta brytyjska wokalistka. Mimo, że nieczęsto chce mi się wracać do jej kompozycji, jest ona 100 razy bardziej wyrazista niż to, co serwuje nam bohater dzisiejszej recenzji. Jej refren jest tak banalny, że w ogóle nie mam ochoty sięgać po ten utwór ponownie. Natomiast Beautiful birds dużo zyskuje dzięki młodej wokalistce jaką jest Birdy. Wnosi ona do tej kompozycji choć trochę świeżości i czegoś innego – inaczej chyba zasnęłabym słuchając tej piosenki. A żeby było tego mało, zastosowano płynne przejście pomiędzy nią, a następną propozycją, jaką jest The long road. Sprawia to, że utwory zlewają się ze sobą aż za bardzo.

Ostatnia pozycja – Home – wzbudza we mnie sprzeczne odczucia. Z jednej strony uważam, że kompozycja jest zdecydowanie za długa i nuży, jednak podoba mi się wejście smyczków i – przede wszystkim – wokal Passengera. Nareszcie słychać w nim emocje: w tym utworze jest ich więcej niż we wszystkich pozostałych razem wziętych. Za to ogromny plus.

Co mogę powiedzieć o Young as the morning, old as the sea jako całości? Nie jest to album tragiczny, jednak powracając do chociażby All the little lights przepełnia mnie po prostu smutek – to była również płyta melancholijna, ale jakże nastrojowa, pełna emocji, dopracowana, szczera. Young as the morning, old as the sea sprawia wrażenie przesiąkniętego brakiem pomysłu, krążka nagranego na siłę, który nuży i niczym nie zaskakuje. Niestety, ale dobre single promujące album, nie czynią jeszcze całego wydawnictwa dobrym. A szkoda, bo mam wrażenie że kogoś takiego jak Mike Rosenberg stać na o wiele, wiele więcej.


Najlepsze: Young as the morning, old as the sea, Anywhere
Najgorsze: Everything, If you go, When we were young

2 Komentarze

  • Jestem zakochana po uszy w tym krążku (jak zresztą we wszystkim, co robi Passenger). Ja tam słyszę szczerość i prawdę. 🙂 Mniej szczery się zrobił nawet James Blunt, ale Passenger chyba nigdy autentyczności nie utraci.

    Zapraszam przy okazji na nowy wpis. 🙂

  • Z Passengerem mam taki problem, że lubię czasem odpalić w jakiś leniwy dzień, albo wieczorem, ale na dłuższą metę ta wrażliwość do mnie średnio przemawia. Wszystko jest zbyt jednostajne, podobne, chociaż trzeba przyznać, że urocze. Może muszę trochę jeszcze dojrzeć do takiej muzyki. Póki co podchodzę z ostrożnością 😉

    http://tojestlista.blogspot.com/

Dodaj komentarz