RECENZJA #16: James Bay – Chaos and the calm (2015)

W czasach, kiedy w muzyce dominuje elektronika i najbardziej banalne bity, a zewsząd atakują nas nijakie, proste, popowe utwory, napływ młodych brytyjskich wykonawców proponujących nam indie-popowe i indie-rockowe dźwięki jest jak lekarstwo – i to skuteczne. Niczym królik z kapelusza wyskoczył też James Bay, ukazując w 2013 roku swoją EPkę The dark of the morning, na której znalazło się 5 akustycznych, przyjemnych dla ucha utworów. Większy rozgłos przyniósł mu jednak rok później singiel Let it go, zapowiadający jego debiutancki album. Jak więc prezentuje się Chaos and the calm?

 

Na wydawnictwie znalazły się 3 kompozycje, które znaliśmy już z The dark of the morning: When we were on fire, Move together oraz Need the sun to break. Wykonawca nie poszedł jednak na łatwiznę. Każdy z tych utworów został dopracowany i nagrany ponownie zanim ostatecznie trafił na Chaos and the calm. Pierwszy z nich znajduje się w gronie moich faworytów z krążka. Charakteryzuje się genialnym mostkiem opartym na wysokich dźwiękach pianina i jego wersja z płyty robi o niebo lepsze wrażenie niż ta z pierwszej EPki Jamesa.

Move together zalicza się do tych bardziej melancholijnych utworów z krążka. To piękna ballada o podniosłym refrenie, w której zaskakuje użycie smyczków. Właściwie na takim samym poziomie prezentuje się najpopularniejsza kompozycja brytyjskiego artysty – Let it go. Z pewnością spodoba się ona fanom takich piosenek jak Photograph czy Thinking out loud Eda Sheerana. Ballady Jamesa mają to do siebie, że przez charyzmę w jego głosie nie nudzą słuchacza.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka kompozycji. Szczególnie podoba mi się Scars. To połączenie spokojniejszych zwrotek i mocniejszego refrenu – istna definicja Chaos and the calm. Do czołówki najlepszych kompozycji należy również Collide – bardzo dobra, rytmiczna piosenka z rockowym zacięciem. Wyróżniłabym też If you ever want to be in love, oparte na gitarze i pianinie, z genialnym refrenem, w którym wokalista śpiewa nieco wyższym głosem. James serwuje nam również mocne, wyraziste, gitarowe Craving; przyjemne Hold back the river, które z czasem nabiera coraz więcej energii; Get out while you still can z dobrym, mocnym refrenem, czy melancholijne ale wpadające w ucho Incomplete.

Słabiej natomiast prezentuje się Best fake smile. Lubię jego rockowe, oparte na gitarze zwrotki. Gorzej z refrenem, który w moim odczuciu jest zbyt banalny. Przeciętne wrażenie zostawia poza tym Need the sun to break.

Bo bliższym spotkaniu z Chaos and the calm stwierdziłam, że James Bay to naprawdę dobrze zapowiadający się artysta. Ma wszystko, czego potrzeba – charyzmę, energię, niegłupie teksty, ciekawą barwę głosu. A kiedy trzeba, zaśpiewa też romantyczną, ale nie nużącą balladę. Jego utwory są naprawdę uzależniające. Nie nazywałabym jeszcze Chaos and the calm arcydziełem, ale to naprawdę dobry album.


Najlepsze:  ScarsCollide,  When we were on fire
Najgorsze: Best fake smileNeed the sun to break

4 Komentarze

Dodaj komentarz