RECENZJA #19: Christina Perri – Lovestrong. (2011)

Christina Perri to amerykańska wokalistka pochodzenia włoskiego i polskiego (!). W dniu 21. urodzin przeprowadziła się z rodzinnej Filadelfii do Los Angeles, gdzie wyszła za mąż. Po 18 miesiącach jednak jej małżeństwo się rozpadło i najwyraźniej próbowała uleczyć swoje złamane serce muzyką. Skutkiem tego jest właśnie debiutancki album Lovestrong., będący przede wszystkim mieszanką nieradiowego popu i folku. Sprawdźmy więc, czy rozterki piosenkarki  wniosły chociaż jakieś dobre utwory.

 

Debiutanckim singlem Christiny, a zarazem jedną z najpopulaniejszych jej kompozycji jest Jar of hearts – podniosła, choć jednocześnie skromna w warstwie instrumentalnej ballada pełna emocji: zarówno pod względem tekstu jak i samego wykonania. To mocny, dobry utwór, chociaż moim zdaniem, znajdą się na krążku ciekawsze. Skoro jesteśmy przy singlach, przyjrzyjmy się jeszcze pozostałym. Lovestrong. było promowane również piosenkami Arms oraz Distance. Ta pierwsza to utwór oparty przede wszystkim na gitarze i pianinie, nabierający z czasem mocy (podobnie jak otwierające wydawnictwo Bluebird). Lubię jego poruszający tekst, a szczególnie fragment, kiedy wokalistka śpiewa:

You put your arms around me and I’m home.

Distance jest natomiast delikatną propozycją, do której mam ogromny sentyment i lubię do niej raz na jakiś czas wrócić. Jako bonus artystka zaserwowała nam również drugą wersję tego utworu, nagraną z udziałem Jasona Mraza. Różnica między nimi nie jest jednak bardzo odczuwalna.

Są na Lovestrong. dwa utwory, które wyjątkowo się wyróżniają. Mowa tu o Bang bang bang oraz Mine. To najbardziej energiczne piosenki na albumie. O wiele bardziej podoba mi się jednak Bang bang bang – jest klimatyczny, mimo tego, że popowy. Brzmi całkiem pozytywnie mimo, że Christina śpiewa o złamanym sercu. Do Mine mam natomiast mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się jego różnorodność, bogactwo dźwięków, ale z drugiej irytuje melodia zwrotek i refrenu. Cóż, kwestia gustu.

Po Mine otrzymujemy instrumentalny przerywnik zatytułowany po prostu Interlude, który wprowadza nas do uroczej, melancholijnej propozycji jaką jest gitarowe Penguin. Mój ulubiony wers z tej piosenki to:

Baby it’s fate, not luck.

Znajdziemy tu również całkiem przyjemne Miles z wpadającym w ucho refrenem; przywołujące klimat Jar of hearts, The lonely, czy nie tak smutne jak można wnioskować po tytule Sad song. Bardziej poważnie jest w kompozycji, którą Christina żegna się z nami – Tragedy. To bardzo dobry utwór – najwyraźniej obowiązuje zasada, że na najlepsze trzeba poczekać.

Christina Perri to z pewnością wokalistka, której twórczość pewnie spodoba się osobom zmęczonym typowo radiowym popem i chcącym posłuchać czegoś niewymagającego, ale też nie tak banalnego. Może nie znajdziemy na Lovestrong. utworów, które całkowicie powalą na kolana i sprawią, że będziemy zbierać szczękę z podłogi, ale nie można im odmówić uroku. Raz na jakiś czas przychodzi ochota, żeby sięgnąć po nie ponownie.


Najlepsze: Tragedy, Penguin, Bang bang bang
Najgorsze: Mine

5 Komentarzy

Dodaj komentarz