RECENZJA #21 Harry Styles – Harry Styles (2017)

Kiedy zobaczyłam informację o premierze solowego singla Harry’ego Stylesa, nie byłam pewna czego powinnam się spodziewać. Wszyscy dobrze wiemy, jaką muzykę serwowało nam One Direction – może nie do końca tragiczną (chociażby na krążku Made in the AM słychać poprawę), ale jednak wciąż prostą, chwytliwą, niezbyt ambitną. Dlatego postanowiłam nie emocjonować się za bardzo debiutem tego wokalisty i podejść do niego bez większych oczekiwań. A tymczasem…

…Harry Styles powalił na kolana. Sign of the times to tak dobry, niesamowity, poruszający, ogromnie smutny i emocjonalny utwór, że nie sposób się w nim do czegokolwiek przyczepić. Do tego jest naprawdę niebanalną kompozycją. To najlepsza propozycja na płycie – a nawet kandydat na najlepszy utwór 2017 roku.

Skoro już jesteśmy przy tych najlepszych utworach – z pewnością należy do nich również Kiwi. Ten z kolei jest najbardziej rockowym ze wszystkich na Harry Styles. Uwielbiam jego emocje, sposób śpiewania Harry’ego, brzmienie gitary i perkusję.
Świetne jest również Woman o chwytliwym, uzależniającym refrenie.

Właściwie wszystkie utwory na wydawnictwie utrzymują poziom. Chociażby pierwsza propozycja z krążka, Meet me in the Hallway, sprawiła, że już od pierwszego przesłuchania zakochałam się w tej płycie. To bardzo klimatyczna kompozycja, w której głos wokalisty został poddany obróbce i sprawia wrażenie dochodzącego z oddali. Mamy tu też rytmiczne, charyzmatyczne i wyraziste Carolina, charakteryzujące się refrenem z rockowym zacięciem. Porywające i energicznie, a jednocześnie klimatyczne jest też Only angel (też słyszycie tu dźwięki użyte również w Sign of the times?).

Harry Styles nie jest jednak pełne wyłącznie energicznych numerów. Artysta przygotował dla nas kilka spokojniejszych utworów. Dwa z nich poznaliśmy jeszcze przed wydaniem albumu: Sweet creature oraz Ever since New York. Ta pierwsza to urocza, nastrojowa ballada spoglądająca w stronę folku. Natomiast w melodyjnym, przyjemnym Ever since New York bardzo podobają mi się zwrotki. Nie sposób nie docenić również wyciszającego From the dining table. Od wszystkich utworów odbiega tylko trochę Two ghosts – to całkiem dobra propozycja, ale nie tak zaskakująca jak pozostałe.

Przyznaję – obawiałam się debiutu Harry’ego Stylesa. Bałam się, że zawiedzie i wciśnie nam popowe „cokolwiek”, a fanki popularnego boysbandu będą zachwycone, jakkolwiek słabe by to nie było.
Na szczęście nie stało się tak i muzyk pokazał na co go stać. Oddał w nasze ręce naprawdę bardzo dobry, dopracowany krążek, czym z pewnością miło zaskoczył wiele osób. I jeśli ktoś zapytałby mnie, czy warto poświęcić Harry’emu te 40 minut, odpowiedziałabym bez wahania: tak, warto. Co więcej – zaryzykuję stwierdzenie, że to jeden z najlepszych i najciekawszych debiutów w ostatnim czasie.


Najlepsze: Sign of the times, Kiwi, Woman
Najgorsze: 

6 Komentarzy

Dodaj komentarz