RECENZJA #27: Coldplay – Parachutes (2000)

Dziś zespół Coldplay kojarzy niemal każdy – no bo jak to, nie znać atakujących nas z radia singli Hymn for the weekend czy Adventure of a lifetime? A jednak – choć dzisiaj ciężko w to uwierzyć – dawniej grupa serwowała nam coś o wiele ciekawszego niż zwykłe, popowe granie, śmiało sięgała po rock i czerpała z muzyki alternatywnej. Ich ostatnia płyta, A head full of dreams mało ma wspólnego z wcześniejszą twórczością, ale nikt nie zabroni nam na nowo poznawać poprzednich krążków Coldplaya. Cofnijmy się więc o niemal 17 lat i włączmy ich pierwszy album Parachutes.

Debiutancki album Coldplaya to po prostu porcja dobrego, gitarowego grania od początku do końca. Całość otwiera stosunkowo krótki (trwa ponad 2 minuty) utwór Don’t panic, w którym grupa przekonuje nas o pięknie otaczającego świata:

We live in a beautiful world. Oh, all that I know there’s nothing here to run from cause everybody here’s got somebody to lean on.

Trzeba przyznać, że kiedy słowa te padają w poruszający sposób z ust Chrisa Martina, ciężko mu nie uwierzyć.
Miłośnicy trochę mocniejszego grania, bez obaw – w następnej propozycji, jaką jest Shiver, usłyszycie więcej gitar, kontrastujących przyjemnie z wokalistą, który śpiewa tu wyższym głosem. Rockowe wpływy usłyszymy również i w moim ukochanym, singlowym Yellow, będącym jedną z tych piosenek Coldplay, do których mam największy sentyment. W podobnym klimacie utrzymane jest również znane Trouble, gdzie jednak wyraźnie usłyszeć możemy jeszcze pianino.

Nieco melancholijniej robi się w klimatycznym High speed, które z Trouble łączy króciutkie, akustyczne Parachutes, sprawiające wrażenie utworu niedokończonego, ale mimo wszystko umieszczonego na płycie. Jednak nawet tak krótkim, czterowersowym tekstem piosenki, muzycy potrafią poruszyć odbiorcę:

In a haze, a stormy haze, I’ll be round, I’ll be loving you always, always. Here I am and I’ll take my time, here I am and I’ll wait in line always, always.

Do tych spokojniejszych momentów wydawnictwa zaliczyć możemy również czerpiące z folku, wyciszające, magiczne Sparks, czy jeden z moich ulubionych utworów zespołu – We never change, będące poruszającą, zarówno muzycznie jak i tekstowo kompozycją:

I wanna live life, never be cruel, I wanna live life and be good to you, I wanna fly and never come down, and live my life and have friends around. We never change, do we?

Gdzieś pomiędzy można zaliczyć Spies, w którym gitara akustyczna przecina się z elektryczną, dodającej mu rockowego zacięcia, a szczególnie podoba mi się moment, w którym Chris Martin śpiewa:

Cause they’re all spies, they’re all spies.

Na sam koniec grupa proponuje nam utwór o pozytywnym wydźwięku – Everything’s not lost, które rozpoczyna się dźwiękami pianina, a kończy brzmieniem gitary. To jednak jeszcze niezupełnie zamknięcie Parachutes. Zespół przygotował również jedną ukrytą ścieżkę, intrygująco zatytułowaną Life is for living, będącą naprawdę uroczym, nieco folkowym, krótkim nagraniem, zupełnie wyróżniającym się spośród innych na krążku. Aż chciałoby się, by trwało ono dłużej. Tymczasem Coldplay żegnają się z nami, pozostawiając apetyt na więcej.

Parachutes to dla mnie album ważny, zupełnie wyjątkowy, o niezwykłym klimacie. Pozostawiający chęć na koncert grupy w jakimś małym, kameralnym klubie, bez niepotrzebnego dużego show. I chociaż mam świadomość, że do ideału tej płycie trochę brakuje, to nie potrafię się jej oprzeć, jestem nią zupełnie zauroczona i słucham jej, nie zauważając nawet, jak na moją twarz mimowolnie wkrada się uśmiech – a to chyba wiele, prawda?
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


Najlepsze: Yellow, We never change, Everything’s not lost  (+Life is for living)
Najgorsze: 

5 Komentarzy

  • Jak zaczynałam przygodę z CP to ta płyta niezbyt mi się podobała. Strasznie mnie wynudzała. Dziś to mój #2 od nich. Top of the top wciąż pozostaje AROBTTH.

    Nowa recenzja na http://the-rockferry.blog.onet.pl/

  • Właśnie słucham tej płyty po raz drugi, pierwszy raz był kiedyś dawno temu dla samego osłuchania się. Piosenki są w porządku, ale muszę mieć nastrój do takiej muzyki. Najbardziej podobają mi się „Yellow” i „Trouble”.
    Pozdrawiam. 🙂

  • Z tej płyty znam tylko „Trouble” i „Yellow”. Od Coldplay uwielbiam album „Ghost Stories”. Ale myślę, że u mnie na”Parachutes” też przyjdzie czas!
    Zapraszam na nowy wpis – goodsoundsvibes.blogspot.com/
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz