RECENZJA #28: Marina and the Diamonds – Electra heart (2012)

Niejedna osoba już myślała, że Marina and the Diamonds to zespół. Tymczasem to po prostu pseudonim artystyczny Mariny Lambrini Diamandis – walijskiej wokalistki greckiego pochodzenia, która jeszcze na swoim debiucie The family jewels serwowała porządny indie pop. Gdyby jednak nie charakterystyczny głos artystki, nie przypuszczałabym, że ta sama osoba może stworzyć tak zupełnie inną płytę, zaledwie 2 lata po poprzedniej.

Jak sam tytuł Electra heart sugeruje, na drugim wydawnictwie wokalistki znajdziemy przede wszystkim piosenki electropopowe – czyli zupełne przeciwieństwo The family jewels. Już pierwsza piosenka jest mocnym uderzeniem. Energiczne, jednak o rockowym zacięciu Bubblegum bitch to jeden z mocniejszych momentów tej płyty – stąd nie jestem pewna, czy umieszczanie jej na samym jej początku było dobrym pomysłem. Z drugiej strony, dziwnie byłoby, chociażby w jej środku słyszeć słowa:

Welcome to the life of Electra Heart

Bardziej mieszane uczucia zostawia po sobie Primadonna, która łączy nachalny, elektroniczny bit w zwrotkach z nieco delikatniejszym refrenem.

Do tych lepszych punktów wydawnictwa zaliczyłabym Homewrecker, które podoba mi się zarówno pod względem muzycznym (melorecytowane zwrotki i ponownie refren oparty na mocnym bicie) oraz tekstowym. Szczególnie zapadł mi w pamięć cytat:

Every boyfriend is the one until overwhise proven. The good are never easy, the easy never good. And love, it never happens like you think it really should.

Do moich faworytów należy również przepełnione smutkiem Valley of the dolls, które kojarzy mi się trochę z Melanie Martinez – choć ona pewnie przedstawiłaby nam ten utwór w bardziej pudrowo-cukierkowej wersji. Zaraz po nim postawiłabym w moim rankingu The state of dreaming o spokojniejszych zwrotkach i musicalowym refrenie. Pod wesołą melodią kryje się jednak tekst, który wcale tak wesoły nie jest:

If only you knew my dear how I live my life in fear.

Jednym z lepszych nagrań jest także ballada Teen idle, które uwielbiam szczególnie, kiedy wokalistka śpiewa:

I want the world to go away.

Całkiem w porządku przedstawia się również mocno elektroniczne Living dead, w którym szczególnie podoba mi się jego mostek, gdzie Marina śpiewa wyższym głosem na tle ściszonej nieco muzyki.
Bardzo dobrym wyborem na zamknięcie płyty było spokojniejsze, ale podniosłe Fear and loathing, będące jednocześnie najdłuższą kompozycją na Electra heart.

Reszta utworów na drugim krążku artystki to niestety przeciętniaki. Szczególnie słabo wypadają tu Lies oraz Hypocrates. Ta pierwsza to elektroniczna, nijaka piosenka, jaką mogłaby nam przedstawić niemal każda przeciętna popowa gwiazdka – sprawia wrażenie kompozycji zupełnie bez pomysłu, jak gdyby wyrwanej z całej koncepcji Electra heart. Podobnie zresztą jest w wypadku Hypocrates, które również przedstawia się bardzo banalnie, mimo, że odnoszę wrażenie, iż najbliżej mu do indie popu wśród wszystkich utworów na krążku. Nie mogę się także przekonać do Starring role, które zwyczajnie mnie nudzi. Zdecydowanie lepiej przedstawia się energiczne Power and control.

Zupełnie nie byłam przekonana do drugiego wydawnictwa Mariny and the Diamonds. Słuchając go pierwszy raz, odnosiłam wrażenie, jakby wokalistka zrobiła coś nieprawdopodobnie banalnego. Electra heart jest albumem, któremu trzeba poświęcić trochę czasu, aby docenić to, co oddała nam w nasze ręce artystka. Wcielając się w rolę Primadonny stworzyła krążek przebojowy, ale jednocześnie przekazujący przez specyficzny głos oraz niezwykle udane teksty emocje, jakimi są ból i smutek – to jest to, co podoba mi się w tej płycie najbardziej. Choć myślę, że gdyby poświęcono jej trochę więcej czasu, mogłaby być o wiele lepsza. Bo ma w sobie ogromny potencjał.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


Najlepsze: The state of dreaming, Valley of the dolls, Homewrecker
Najgorsze: Lies, Starring role, Hypocrates


Ogłoszenia parafialne: W piątek wyjeżdżam na wakacje za granicę. W związku z tym nie będę miała raczej dostępu do bloga, stąd też przez najbliższe 2 tygodnie nie będą pojawiać się tu recenzje. Wszystko poszło nie po mojej myśli – chciałam w zamian opublikować tu w ostatnim czasie więcej recenzji, ale jak na złość, nie miałam dostępu do internetu. Postaram się jednak nadrobić wszystko jak tylko wrócę. Adios! 

4 Komentarze

  • Moim zdaniem jest to najsłabszy album Mariny, a szkoda, bo pomysł świetny, a okładka cudowna… Najchętniej wracam do „Bubblegum Bitch”, „Primadonny” (choć wcześniej zupełnie mi się nie podobała), „Teen Idle” i „Fear and Loathing”.
    Życzę udanego wyjazdu i pozdrawiam. 🙂

  • Uwielbiam ten album i często do niego wracam, zwłaszcza po małym rozczarowaniu, jakim było dla mnie „Froot”.
    Zapraszam na nowy wpis – goodsoundsvibes.blogspot.com/
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz