RECENZJA #32: Madonna – American Life (2003)

Madonny nikomu przedstawiać nie trzeba. Okrzyknięta Królową Popu wokalistka znana jest z pewnością każdemu z hitów takich jak Material Girl, La Isla Bonita czy Frozen. Wiele też znamy jej wcieleń – przebojowe Like A Prayer, kontrowersyjne Erotica, czy dojrzałe (a przy okazji powalające na kolana) Ray Of Light.  American Life  to już dziewiąty krążek artystki, wydany 3 lata po tanecznym Music, które nie do końca mnie do siebie przekonało (a może jeszcze go nie doceniłam?). Recenzowane dziś przeze mnie wydawnictwo jednak nie zawodzi, a wręcz intryguje by poznać je od każdej strony.

Madonna na swoim dziewiątym albumie zaskakuje – brzmieniem, koncepcją, tematyką tekstów. Łączy muzykę elektroniczną z akustycznymi instrumentami. Po raz kolejny pokazuje się z innej, odważnej strony, tworząc krążek, z którego kompozycje nie sprawiają wrażenia mających wojować na listach przebojów. Co więcej, artystka zaangażowała się w kampanię przeciwko wojnie w Iraku, czego skutkiem były niezbyt przychylne recenzje i słaba sprzedaż w USA. Całe szczęście, Europejczycy przybyli z pomocą i chętnie sięgneli po tę płytę.

Przyznaję – nie byłam do końca przekonana do American Life. Słysząc otwierającą album tytułową kompozycję trochę się zraziłam. Dziś zupełnie nie wiem dlaczego tak negatywnie zareagowałam. Ten kawałek to naprawdę ciekawy, choć specyficzny w brzmieniu utwór, w którym Madonna próbuje nawet swoich sił w rapowaniu. Spodobała mi się również jego warstwa tekstowa:

Do I have to change my name? Will it get me far? Should I lose some weight? Am I gonna be a star? Ah, fuck it.

Bardziej melodyjne jest gitarowe, znów zachaczające tekstowo o amerykańską kulturę Hollywood, które wyróżnia się swoją końcówką z padającymi słowami:

Push the button, don’t push the button, trip the station, change the channel.

Gitary pojawiają się również w  Love Profusion będącym jednym z najprzyjemniejszych nagrań na wydawnictwie, a zarazem jednym z moich ulubionych. Usłyszeć możemy je również w Nothing Failes, w którym jednak większą uwagę skupia na sobie chórek, dodający mu podniosłego charakteru. Podobnie jak Die Another Day, gdzie Madonna połączyła elektronikę z dźwiękami orkiestry symfonicznej. Zabieg ten wykorzystano również w zamykającym krążek Easy Ride – i ta pozycja wypada moim zdaniem lepiej niż jej poprzedniczka. Tutaj bowiem przeważają żywe instrumenty, a elektronika jest tylko dodatkiem. Całość wypada naprawdę ciekawie i elegancko, stąd też przypisuję mu miano mojego faworyta z American Life. Uwagę na tym krążku przykuwa także I’m So Stupid – szczególnie przejściem ze zwrotki w refren.

Znajdziemy na dziewiątym krążku Madonny utwory, w których instrumenty nie gryzą się z elektroniką, a elektronika nie gryzie się z instrumentami. Mamy tu w pełni komputerowe, niekoniecznie przeze mnie lubiane Nobody Knows Me, w którym obróbce został poddany nawet głos wokalistki. Zdecydowanie lepiej z tych „czysto elektronicznych” kompozycji wypada zadziorne Mother And Father  charakteryzujące się hip-hopowym bridge’em. Wśród tych wszystkich utworów miło i zaskakująco przedstawia się nietknięte przez komputer X-Static Process. Ciężko też nie docenić opartego na gitarze elektrycznej Intervention, z którego moją uwagę przykuł wers:

It’s easy to be lazy and hard to go away from the crowd.

Podczas pierwszego przesłuchania, American Life może sprawiać wrażenie wydawnictwa chaotycznego, nudnego, dziwnego i nieprzyjemnego. Tymczasem jest zupełnie inny: spójny, ciekawy i wyjątkowy. Królowa Popu nie chce tym razem tworzyć hitów, które z uśmiechem każdy będzie nucił pod nosem. Raczej ma na celu wyrazić bunt, zmusić do myślenia, skupić uwagę używając do tego nietypowych dźwięków. I to cieszy – bo słychać, że ten krążek jest szczery.
Czy ta płyta porywa? Nie bardzo. Czy to moje ulubione wydanie Madonny? Nie do końca. Ale czy warto po nią sięgnąć? Zdecydowanie tak.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


NajlepszeEasy Ride, Intervention, American Life
NajgorszeNobody Knows Me

8 Komentarzy

Dodaj komentarz