RECENZJA #35, #36: Kate Bush – The Dreaming (1982) & Hounds Of Love (1985)

Kate Bush nie czekała długo na to, by stać się jedną z najsłynniejszych piosenkarek na świecie. Z pomocą gitarzysty Pink Floyd, Davida Gilmoura, została zauważona przez wytwórnię EMI i to pod jej szyldem wydała debiutancki singiel Wuthering Heights, zainspirowany, jak nietrudno się domyślić, powieścią Wichrowe wzgórza Emily Bronte. Dziewiętnastoletnia wówczas Kate promowała tym utworem swój pierwszy album The Kick Inside (1978) i korzystając z rozgłosu, jeszcze w tym samym roku wydała kolejną płytę Lionheart, natomiast dwa lata później Never for Ever (z której to pochodzi przebój Babooshka). The Dreaming to natomiast czwarte wydawnictwo tej artystki będące zarazem pierwszym, którego produkcją zajęła się sama, bez pomocy innych osób.

Dziwne, a raczej zawodzące – The Dreaming  nie odniosło dużego sukcesu komercyjnego. Stawiając ją obok wcześniejszych wydawnictw wokalistki, to właśnie to jest tym najbardziej eksperymentalnym, urozmaiconym – po prostu ciekawszym. I chociaż na początku wszystko może dziwić, czy odpychać – w rzeczywistości da się docenić to, co Kate Bush stworzyła. Jest tu dużo krzyków – i to już w otwierającym krążek Sat In Your Lap, gdzie głos piosenkarki jest piskliwy (podobnie jak w Suspended In Gaffa). Bardziej przerażające, niższe dźwięki wydaje z siebie ona śpiewając w utworze Pull Out The Pin  frazę:

I love life.

Kate Bush sięga na swojej czwartej płycie po różne stylistyki: eksperymentalną i teatralną – w nagraniu tytułowym; żongluje rockowym zacięciem, mieszając go ze zmodyfikowanym głosem – w Leave It Open; lubi też instrumenty dęte (There Goes A Tenner), ale chętnie sięga również po pianino, na którym opiera się ballada All The Love, a które usłyszeć możemy też często w innych utworach na The Dreaming – chociażby to od jego dźwięków rozpoczyna się Night Of The Swallow.  I kiedy słuchając Houdini, jest się już w stanie stwierdzić: Tak, to dobra płyta, nadchodzi zamykająca krążek psychodeliczna petarda, jaką jest Get Out Of My House i  tylko utwierdzamy się w tym przekonaniu.

The Dreaming to album psychodeliczny, teatralny, krzykliwy i ciężki do przejścia. Nie jest to płyta, którą zrozumie się i doceni już przy pierwszym przesłuchaniu. Warto jednak dać jej szansę, bo Kate Bush to artystka wyjątkowa, która nie tworzy banalnych piosenek do nucenia pod nosem, ale dojrzałe, niebanalne, nieszablonowe kompozycje dla miłośników dobrej muzyki.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


NajlepszeThere Goes A Tenner, Leave It Open, Get Out Of My House
Najgorsze: –


 

3 lata po szokującym The Dreaming Kate Bush wydaje kolejną płytę, podczas której produkcji, zdała się sama na siebie. Wyszło jej zaskakująco dobrze. Bo Hounds Of Love to płyta inna niż jej (i tak już bardzo dobra) poprzedniczka. To zupełnie nowe wydanie brytyjskiej piosenkarki, choć nie zapomina tu o wszczepieniu pierwiastka „dawnej siebie”. I tak, po trzyletniej przerwie, którą spędziła relaksując się i przebywając z bliskimi, Kate powraca z najdojrzalszym do tego czasu krążkiem w swojej karierze.

Hounds Of Love piosenkarka dzieli na dwie części: pierwszą, zatytułowaną po prostu Hounds Of Love i drugą, koncepcyjną, nazwaną The Ninth Wave .  Cały album otwiera jedno z najpopularniejszych nagrań w karierze artystki – Running Up That Hill (A Deal With God), plasujące się jednocześnie na liście najbardziej cenionych przeze mnie utworów w historii muzyki, który niezmiennie porusza mnie tak samo, gdy słyszę słowa:

C’mon baby, c’mon darling, let me steal this moment from you now. C’mon baby, c’mon, c’mon darling, let’s exchange the experience.

Kontrastując z mrokiem, jaki znajdziemy na jej poprzednim albumie, na pierwszej części Hounds Of Love  Kate serwuje nam bardziej pozytywne, łagodniejsze, choć równie (a może nawet bardziej) ambitne melodie: mówiące o odwadze nagranie tytułowe, „słoneczne” The Big Sky  i opierające się na instrumentach smyczkowych Cloudbusting oraz wplecione między nie melancholijne Mother Stands For Comfort. 

Na drugiej połowie krążka nie jest już tak kolorowo, więcej tu smutku i psychodelii. Część ta rozpoczyna się od przepięknej, choć krótkiej ballady opartej na pianinie – And Dream Of Sheep, w której wokalistka śpiewa:

Let me be weak, let me sleep and dream of sheep.

Z kolejnym nagraniem robi się coraz bardziej mrocznie. W klimat ten wprowadza nas Under Ice, punktem kulminacyjnym jest eksperymentalne (i genialne!) Waking The Witch, w którym słyszymy mnóstwo psychodelicznych dźwięków i głosów, a kończy na ostatnich nutach Hello Earth.  Robi jednak między tymi utworami chwile wytchnienia za pomocą łagodniejszego Watching You Without Me oraz czerpiącego z muzyki etnicznej Jig Of Life.  Żegna się z nami za pomocą cieplejszego The Morning Fog. 

Gdzieś w internecie natknęłam się na zdanie:

Kate Bush jest Mozartem muzyki popowej.

Hounds Of Love jest tylko dowodem na prawdziwość tego stwierdzenia. To bardzo dojrzały, dopracowany w każdym detalu album, po który powinien w swoim życiu sięgnąć każdy, by móc odkryć fenomen Kate Bush i zrozumieć, że istnieją artyści, których nie da się upchnąć do szufladki z konkretnie przypisanym gatunkiem. Tutaj jest kreatywnie i nietuzinkowo.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


NajlepszeRunning Up That Hill (A Deal With God), Cloudbusting, Waking The Witch
Najgorsze: –

3 Komentarze

Dodaj komentarz