RECENZJA #37: Jake Bugg – Hearts That Strain (2017)

Jake Bugg stwierdził, że czas zaskoczyć – bez wcześniejszych informacji, że cokolwiek przygotowuje, wydał nagle singiel, zapowiadając przy tym swój nowy, czwarty już w karierze album studyjny. Utwór How Soon The Dawn nie okazał się jednak tak porywający, jakby się oczekiwało, krążek Hearts That Strain miał się pojawić zaledwie nieco ponad rok po swoim poprzedniku (On My One), a na wieść o duecie z dopiero debiutującą Noah Cyrus można było zacząć się zastanawiać, czego właściwie powinniśmy się spodziewać. Więc czy w ogóle ta płyta miała jakiekolwiek szanse na artystyczny sukces?

Fakt, faktem – brytyjski piosenkarz nie ma raczej w zwyczaju robić długich przerw między swoimi kolejnymi wydawnictwami. Zadebiutował w 2012 roku naprawdę udaną płytą zatytułowaną po prostu Jake Bugg, na której zaprezentował czysto folkowe, klimatyczne melodie, jakich po osiemnastolatku ciężko byłoby się spodziewać. Rok później przyprawił je szczyptą indie rocka, czego skutkiem było trochę bardziej zadziorne Shangri La.  Kilka nagrań z sesji do tego krążka postanowił umieścić na epce Messed Up Kids, jeszcze zanim wydał album numer trzy. To właśnie na tym ostatnim – On My One, postanowił zacząć bardziej eksperymentować z brzmieniem, co raz wychodziło mu na dobre, innym razem nie. Z tym, że jak słuchając ujawnianych przed wydaniem tej płyty utworów można było mieć jeszcze nadzieję, że „nowy Jake” może być „ciekawym Jake’em”, tak przed tegorocznym Hearts That Strain wcale nie było tak kolorowo. 

Singlowe, a zarazem otwierające album How Soon The Dawn to kompozycja, która pozostawia po sobie mieszane uczucia – z jednej strony jest przyjemna, świeża, delikatna- to coś zupełnie nowego w dorobku artysty. Z drugiej, słuchając jej można odczuć niedosyt. I chociaż Jake Bugg w swojej karierze już trochę swojej wrażliwszej strony nam pokazał za pomocą wielu ballad, to aż chce się zapytać: „Gdzie ta charyzma?”. I to nie jest niestety jedyny punkt tej płyty, kiedy chcemy zadać to pytanie. Właściwie przewija się ono w głowie przez całe spotkanie z Hearts That Strain.  

Jest na nowym wydawnictwie kilka „świeżych” akcentów: przede wszystkim grupa instrumentów, które sprawiają, że ten album brzmi inaczej niż pozostałe. Pojawiają się tu smyczki, pianino i instrumenty dęte. Te ostatnie dobrze sprawdzają się w duecie Brytyjczyka z amerykańską wokalistką Noah Cyrus. Utwór Waiting okazuje się najciekawszym nagraniem na tej płycie. Głosy artystów przyjemnie się ze sobą komponują w tym „walczykowatym” utworze. Gorzej natomiast wypada ta część smyczkowa, którą słyszymy w The Man On Stage, które okazuje się tu punktem najsłabszym, najsmętniejszym, najnudniejszym.

Pierwsza połowa płyty potrafi przejść niezauważona – wszystko jest łagodne, delikatne, okrojone. Druga mimo wszystko prezentuje się lepiej i każdy kolejny utwór przekonuje, żebyśmy jednak nie wyłączali Hearts That Strain przed końcem. Osoby zafascynowane poprzednią twórczością Jake’a z pewnością najbardziej docenią mroczny utwór tytułowy, uśmiechną się też zapewne przy energicznym, choć nieodbiegającym od klimatu całego wydawnictwa, krótkiego Burn Alone. Stęsknionych rockowych akcentów powinno choć trochę udobruchać Indigo Blue.  Nową koncepcję da się docenić słuchając charakteryzującego się stukaniem Bigger Lover,  natomiast nie potrafię przekonać się do zamykającego płytę Every Colour In The World.

Z żadnym innym wydawnictwem Jake’a Bugga nie miałam takiego problemu jak z Hearts That Strain. Z jednej strony nie ma tu większych błędów, utworów, podczas których jedyne na co czekamy, to zakończenie. Nie ma takich, od których słuchania bolałyby uszy. I nie ma również takich, podczas których łapalibyśmy się za głowę. Więc co jest w tym albumie nie tak? Jest… Nudno. Bezpomysłowo. Nieciekawie. Zupełnie tak, jakby wokalista miał pomysł, który wypalił się wraz z rozpoczęciem sesji nagraniowych. Jakby samo zafascynowanie tym, że nagrywał płytę gdzieś indziej, z kimś innym, dało mu satysfakcję, ale przy tym wszystkim tak naprawdę zapomniał o całokształcie. Broni się kilkoma mocniejszymi punktami, choć żadnemu z nich nie udało się wstąpić do grona moich ulubionych utworów. Nie jest najgorzej, ale mogło być zdecydowanie lepiej. Może jednak warto byłoby poświęcić tej płycie więcej czasu niż rok.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars


NajlepszeWaiting, Hearts That Strain, Burn Alone
NajgorszeThe Man On Stage, Every Colour In The World

5 Komentarzy

Dodaj komentarz