RECENZJA #40: DNCE – DNCE (2016)

Pamiętacie jeszcze Jonas Brothers? Trójka braci  podbijała serca nastolatek, choć dziś na hasło „gwiazdki Disneya” to raczej nie oni stają nam przed oczami. W każdym bądź razie, grupa odeszła w zapomnienie. Kevin zaginął w akcji – żadnych nowych wieści o muzyce. Nick Jonas wraz z grupą The Administration wydali całkiem przyjemny, pop-rockowy album Who I Am, po czym porzucił kolegów na rzecz solowej kariery i przygotował dwa krążki o zupełnie innej stylistyce niż jego poprzednia twórczość: Nick Jonas (2014) oraz Last Year Was Complicated (2016), czerpiąc z muzyki R&B. A Joe? Spróbował swoich sił solowo, ukazując electropopową płytę Fastlife.  I, szczerze mówiąc, cieszę się, że tylko na tym skończył. Bo z grupą DNCE wypada sto razy lepiej.

DNCE nie brakuje w żadnym stopniu przebojowości. Zadebiutowali ciepło przyjętym przez słuchaczy singlem Cake By The Ocean, a bliżej dali się poznać poprzez cztero-trackową epkę SWAAY z 2015 roku. Materiał z tego minialbumu wykorzystali na swoim debiutanckim longplayu, zatytułowanym po prostu DNCE, nie idąc jednak na łatwiznę i serwując nam poza tym jeszcze 11 nowych kompozycji. Największy wkład z całej grupy miał tu Joe Jonas, który z pomocą mniej lub bardziej znanych songwriterów, przygotował świeże, pozytywne, często śmiało czerpiące z funku produkcje.

Na debiutanckim wydawnictwie grupy jest skocznie i tanecznie już od samego początku. Kompozycja tytułowa, rozpoczynająca się partią acapella, świetnie definiuje to, co czeka nas na tym albumie i zachęca do pozostania z tym krążkiem na dłużej. Klimat utrzymuje nadal funkujące Body Moves, choć z piosenek tego typu w moim prywatnym rankingu najwyżej stawiam Blown,  w którym DNCE mistrzowsko łączą nastrój retro z nowoczesnością, urozmaicając ją dodatkowo rapowaną partią Kenta Jonesa. Nie sposób również usiedzieć w miejscu, kiedy słyszymy przebojowe Be Mean, czy porywające, wyraziste Doctor You, będące jednym z najciekawszych nagrań zespołu, w którym uwielbiam moment:

You’re gonna need, need a real good doctor, good doctor, Doctor Me, your Doctor Who, your Doctor You.

Chociaż generalnie singiel Cake By The Ocean uważam za udany, na tle całego albumu nie robi takiego wrażenia (podobnie jak drugi, Toothbrush). Z epki SWAAY  DNCE wyciągnęli również uwielbiane przeze mnie Pay My Rent, natomiast Jinx zostawili w spokoju i wrzucili jedynie na japońskie wydanie płyty.
Są jednak na DNCE utwory, do których po prostu nie mogę się przekonać. Pierwszy z nich to przerysowane, popowe Good Day; drugi – Almost jest mało oryginalną gitarową balladową, która pewnie przypadłaby do gustu wielbicielom Eda Sheerana. Ja jednak z tego typu piosenek wolę postawić na bardziej klimatyczne, choć też niepowalające na kolanaTruthfully.  Obojętnie natomiast przechodzę obok czerpiącego trochę z folku Zoom oraz zamykającego krążek, prostego Unsweet.  Równie dobrze obyłoby się bez nich. Natomiast o ile najsłabszą piosenką niegdyś było dla mnie „jaskrawe” Naked, które atakuje już od pierwszych, mocnych, głośnych, elektroniczych dźwięków, tak dziś, całkiem lubię ten utwór, przypominający mi trochę nastrój lat 90.

Lubię DNCE – to zdanie przechodzi mi przez głowę za każdym razem, kiedy słucham ich debiutu. Mimo, że (choć muzycznie trzymają poziom) nie jest to nie wiadomo jak artystyczne. Mimo, że teksty to właściwie nic ambitnego. Mimo, że nie jest to muzyka, podczas której słuchania mówi się „wow”.
Lubię DNCE, bo przy ich utworach nie potrafię usiedzieć w miejscu. Mimo, że – uwierzcie mi na słowo – nie znoszę tańczyć.
Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars


NajlepszeBlown,  DNCE,  Doctor You
NajgorszeGood Day, Almost

7 Komentarzy

Dodaj komentarz