RECENZJA #46: Cameron Avery – Ripe Dreams, Pipe Dreams (2017)

Wydawanie solowych albumów przez członków grup muzycznych to zjawisko powszechne, choć mówiąc o tym najczęściej przed oczami staje nam lider zespołu, który postanawia spróbować stworzyć muzykę na własną rękę. Cameron Avery wcale jednak nie jest trzonem zespołu Tame Impala. Basista, mając jednak swoją koncepcję, postanowił oddać w ręce słuchaczy swój krążek, zupełnie odmienny od tego, co ma do zaoferowania ta formacja. Takie eksperymenty nie zawsze wychodzą na dobre. Ale słuchając wydawnictwa Camerona, aż przykro się robi, kiedy dociera się do jego końca.

Płyta Ripe Dreams, Pipe Dreams to dzieło, które czaruje. Avery wplata tu całe mnóstwo dźwięków, zachowując ich różnorodność, a przy tym potrafi pozostawić wydawnictwo spójnym. Mamy tu więc zarówno delikatne, romantyczne ballady, jak i rockowe, wyraziste kompozycje. Wszystkie jednak charakteryzują się wyjątkowym klimatem, jaki tylko ten artysta potrafi stworzyć.

Muzyk zaczyna właśnie od ballad, na samym początku serwując cichutkie, nienachalne, akustyczne A Time And Place, sprawdzające się wyśmienicie jako wprowadzenie do świata Camerona, w którym dominuje wrażliwość, jaką niekażdy wykonawca może się pochwalić. Romantyczny nastrój utrzymuje za pomocą bardziej eleganckiego, zupełnie niezwykłego Do You Know Me By Heart, którego trzonem są oczywiście instrumenty smyczkowe. To one zdziałały w tym utworze najwięcej – dodają zarówno podniosłości, jak i wywołują u słuchacza zaintrygowanie. Osobom, którym spodobały się te kompozycje, z pewnością do gustu przypadnie C’est Toi (niech nie zmyli was tytuł – utwór jest anglojęzyczny). Z Ripe Dreams, Pipe Dreams to właśnie do tej ballady mam największą słabość. Choć pozornie to piosenka skromna, nie trzeba poświęcać jej wiele czasu, by dać się oczarować. I choć trwa ponad 6 minut – chciałoby się więcej. Skróconą, singlową wersję wokalista umieścił jednak na wersji deluxe swojego albumu.

Żadnemu z utworów Camerona Avery nie można odmówić niezwykłej maniery, jaką do nich wprowadza. Po smyczki sięga często – nie boi się łączyć ich z gitarą elektryczną. I choć takie połączenie może wydawać się absurdalne, jemu udaje się użyć go w taki sposób, by wypadło zaskakująco dobrze. Najlepszym tego przykładem jest instrumentalne The Cry Of Captain Hollywood, jednak grzechem byłoby ominąć Dance With Me, które – nie wiedzieć czemu – nieustannie kojarzy mi się z muzyką Leonard Cohena. To surowa kompozycja, w której ogromną rolę odgrywa również wyraźnie słyszalna perkusja oraz momentami bardzo niski wokal Camerona. To wręcz niewiarygodne, ale nawet w pozornie czysto gitarowym, rockowym, zadziornym Watch Me Take It Away, które jest najostrzejszym nagraniem na albumie, artysta znalazł miejsce, by wcisnąć te instrumenty smyczkowe i to tak, by nie było to w żadnym stopniu nachalne, czy przesadzone.

Ogromne wrażenie wywiera również An Ever Jarring Moment, będący utworem, który najlepiej reprezentuje twórczość Camerona. Rozpoczyna się (ponownie) eleganckimi smyczkami, przechodzącymi w bardziej energiczne zwrotki, które z kolei po chwili zmieniają się w rozleniwiony refren. Taką mieszankę serwuje też w pewnym sensie Disposable, którego akustyczne, przyozdobione niskim wokalem zwrotki, występują na zmianę ze zdecydowanie bardziej enericznym refrenem. Na największą stabilność artysta postawił w singlowym Wasted On Fidelity – bardzo przyjemnym, choć najmniej zaskakującym utworze z Ripe Dreams, Pipe Dreams. Nie eksperymentuje też nadmiernie w Big Town Girl, umiejętnie jednak zachowując jakość tej kompozycji, nie pozwalając jej być zbyt surową, a wręcz przeciwnie. To wbrew pozorom lekka, choć klimatyczna piosenka.

Ripe Dreams, Pipe Dreams to dla mnie płyta-marzenie. Tak dobra, że aż ciężko uwierzyć, że faktycznie istnieje. I choć napotkałam się z różnymi, skrajmnymi wręcz opiniami o niej, zdecydowanie należę do grupy, która do muzyki Camerona Avery będzie wzdychać i tylko wypatrywać jego dalszych poczynań w artystycznym świecie. Na takie albumy się czeka, za takimi albumami się rozgląda, takich albumów się potrzebuje. Takich utworów dzisiaj brakuje.  Może kiedyś popatrzę na tę recenzję z politowaniem, ale dziś stawiam temu wydawnictwu szóstkę.


Ocena: 4.5/5 stars4.5/5 stars4.5/5 stars4.5/5 stars4.5/5 stars4.5/5 stars
Najlepsze: Dance With Me, An Ever Jarring Moment, C’est Toi
Najgorsze: 

 

 

 

4 Komentarze

  • Uwielbiam ten album i trochę mi szkoda, że nie jest w ogóle doceniany.
    Cameron ma jeden z najlepszych męskich wokali. takie bardzo lubię. Nie wiem czy wiesz, ale zanim nagrał płytę solo miał swój zespół The Growl. Kompletnie inne granie, ale równie świetne.

    Nowy wpis na http://the-rockferry.pl/

  • A mnie się ta płyta w ogólne nie podobała, uważam że jest wyjątkowo nudną i oprócz „Dance With Me” i „Big Town Girl” do niczego nie wracam.
    Pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz