RECENZJA #48: Zendaya – Zendaya (2013)

Aktorsko zadebiutowała w serialu Taniec rządzi emitowanym na Disney Channel, gdzie zagrała jedną z głównych bohaterek u boku Belli Thorne. Tam też usłyszeć mogliśmy jej pierwsze kroki związane z muzyką. Zendaya nagrała wraz z koleżanką z planu kilka piosenek na potrzeby serii. Pierwszą z nich było Watch Me – i już wtedy można było stwierdzić, że operuje ona swoim głosem stokroć lepiej od swojej towarzyszki. Wydanie debiutanckiego krążka było właściwie w tym wypadku do przewidzenia. Wokalistka nie myślała długo nad tytułem i oddała nam w ręce debiutancką, imienną płytę.

Na swoim wydawnictwie Zendayi raz wychodzi, raz nie. Artystka miesza na nim electropop z R&B i w niektórych wypadkach udaje jej się to zrobić ciekawie, w innych nie. O ile singlowe Replay łatwo mi potraktować jako guilty pleasure, tak już kolejne Fireflies mam ochotę wyłączyć już po pierwszych dźwiękach, kiedy wiem, że tutaj elektronika została użyta zbyt nachalnie. Nie podoba mi się również Putcha Body Down, w którym wini kilka aspektów: po pierwsze, bije od niej komercja; po drugie, niemal wszystkie bity zostały użyte nierozważnie; po trzecie, Zendaya powtarzająca po refrenie wciąż i wciąż frazę go, go, go, go, go potrafi być irytująca.

Jest tu jednak parę utworów, za które nie sposób się na piosenkarkę obrazić. Na pierwsze miejsce wysuwa się oczywiście, przywołujące klimat lat 90., subtelne Heaven Lost an Angel, które zyskuje wiele swoimi liniami basowymi. Następne nagranie, Cry for Love wcale nie jest gorsze od poprzednika – tutaj oczywiście uwagę najbardziej skupia na sobie moment, gdy Zendaya wyśpiewuje, idealnie podkreślone słowa tytułowe. Niezwykle szkoda mi zmarnowanego potencjału Bottle You Up, które rozpoczyna się wspaniale, nienarzucająco. Gorzej ze zbyt głośnym refrenem, choć do najgorszych kompozycji jej nie zaliczam. Zdecydowanie jednak nadrabia to taneczne, choć nie nazbyt plastikowe Love You Forever a także na początku nieco przeciągane, ale ciekawe Scared. Nie tak źle słucha się również zamykającego płytę My Baby, które kojarzy mi się trochę z Rihanną. Nie potrafię natomiast znieść bałaganu w refrenie Only When You’re Close, a obok Butterflies przechodzę zupełnie obojętnie.

Najgorsze w twórczości Zendayi jest to, że w większości pozostawia po sobie zupełnie opojętne odczucia – gdybym usłyszała te piosenki gdzieś przypadko w radiu, ani bym nie narzekała, ani też zachwycała. Natomiast to, co podobało mi się tutaj najbardziej to fakt, iż ta wokalistka nie próbuje być na siłę przebojowa. Jej muzyka, wbrew pozorom, nie do końca brzmi jakby była robiona z przymusu. Zresztą na duży szacunek zasługuje też przez to, że faktycznie brała udział w tworzeniu tego krążka – brała udział w pisaniu wszystkich utworów, a niektóre nawet wyszły w całości spod jej ręki. Dlatego trochę żałuję, że Zendaya nie podjęła się dalszej działalności artystycznej, bo choć jej imienna płyta pozostawia wiele do życzenia, to myślę, że mogła się z niej zrodzić o wiele ciekawsza osobowość, niż jej koleżanki po fachu.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Cry for Love, Heaven Lost an Angel, Love You Forever
Najgorsze: Fireflies, Putcha Body Down, Only When You’re Close

3 Komentarze

Pozostaw odpowiedź Zuza Anuluj pisanie odpowiedzi