RECENZJA #53: Editors – Violence (2018)

Editors mają to do siebie, że lubią się zmieniać. I może nie mówię tutaj o nie wiadomo jak drastycznych transformacjach, ale ta grupa nie ma w zwyczaju powielać schematów ze swoich poprzednich albumów. Słowem – z Editors nie jest nudno. Na dwóch pierwszych krążkach kurczowo trzymali się rocka, na In This Light And On This Evening pobawili się z synthpopem (co niekoniecznie korzystnie im wyszło). Zdołali pokazać swoją wrażliwą stronę poprzez The Weight Of Your Love, aż w końcu powrócili do użycia elektroniki na IN DREAM – i tutaj na szczęście im się udało. Polubiłam tę ostatnią odsłonę zespołu, bo umiejętnie zdołali połączyć mrok z syntezatorami, jednocześnie nie zanudzając słuchacza. Dlatego byłam ciekawa, co też zdołają wymyślić na swoim najnowszym wydawnictwie – Violence

Zaczyna się przebojowo. I tak też jest na prawie całym albumie – bo w kontekście pozostałej twórczości Editors, ich najnowsze kompozycje są naprawdę chwytliwe, choć wcale nie złe.  Energiczne Cold zgrabnie łączy elektroniczne bity z gitarowymi riffami. I choć nagranie to jest na tle muzyki, z której znamy Editors stosunkowo komercyjne, panowie nie pozwalają nam zapomnieć o swoim alternatywnym korzeniu. A przypominają o nim idealnie za sprawą głośnego, hucznego Hallelujah (So Low), w którym dźwięki gitar są tak nachalne że nie sposób jest myśleć podczas jego słuchania o jakimkolwiek radiowym potencjale Editors. Największym zachwytem pałam jednak przy słuchaniu No Sound But The Wind. To prosta, ale mroczna ballada, oparta na pianinie, gdzie przede wszystkim głęboki, niski głos Toma Smitha odgrywa kluczową rolę, nadając temu nagraniu wyrazu. To właśnie ten utwór udowadnia, że istota tkwi w prostocie. Nie sposób nie myśleć podczas odbierania jej o poprzednich dokonaniach grupy, zważając na to, że kompozycją tą podzielili się z wielbicielami już w 2010 roku, ukazując ją jednak tylko w wersji live. Dobrze jest po ośmiu latach usłyszeć ją nagraną w studiu.

Takim nostalgicznym klimatem owiewa nas również rozciągnięte Counting Spooks, które spokojnie można podzielić na dwie części: pierwszą, alternatywną i gitarową – oraz drugą: czerpiącą rozsądnie z elektroniki. Przyznam, że osobiście jestem większą fanką tej pierwszej, choć całość przedstawia się naprawdę przyzwoicie, nie pozostawiając wątpliwości do wpisania tego utworu w czołówkę najlepszych na Violence. Na głowę bije je jednak zamykające krążek, rozpoczynające się tykaniem zegara (które towarzyszy przez niemal całą kompozycję) Belong, charakteryzujące się naprzemiennie cichymi zwrotkami i wzniosłym refrenem. Mistyczny wymiar ma również pierwszy singiel promujący tę płytę – Magazine – którego słucham z przyjemnością, zachwycając się zdrowym umiarem, jaki zastosowali tutaj muzycy. Nie jest tu ani zbyt głośno, ani zbyt cicho. To idealne wyważenie sprawia, że słucha się tej kompozycji bardzo dobrze. Podobnie zresztą jak w nagraniu tytułowym, w którym dzieje się ogromnie dużo, ale wszystko zastosowane jest ze smakiem – przypomina mi to trochę twórczość Son Lux i nie zdziwiłabym się, gdyby to własnie ten zespół był dla Editors jedną z inspiracji. Z ich nowej odsłony podoba mi się również subtelne Nothingless. Mam natomiast opory co do zbyt komercyjnego i zbyt chaotycznego Darkness at the Door. 

Z nową płytą Editors miałam trochę problemów. Przy pierwszym przesłuchaniu stwierdziłam, że po prostu ujdzie. Przy drugim, zachwycałam się od początku do końca. Podczas zagłębiania się w ten krążek dostrzegłam jednak zarówno mnóstwo pozytywnych aspektów tego dzieła – dobrą produkcję, niepowtarzalność każdej z kompozycji – a także kilka mniej przyjemnych: przede wszystkim niepokojący jest tak chętny zwrot zespołu w stronę przebojowości. Na razie jednak starają się zachować równowagę. Na Violence dzieje się wiele, ale na szczęście więcej dobrego, niż złego.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: No Sound but the Wind, Counting Spooks, Belong
Najgorsze: Darkness at the Door

3 Komentarze

Dodaj komentarz