RECENZJA #56: Muse – The 2nd Law (2012)

Choć Muse nigdy nie należał do czołówki moich ulubionych zespołów, dobrze było czasami włączyć sobie ich muzykę i posłuchać po prostu przyzwoitego, rozsądnego rocka. Nigdy jednak grupa nie potrafiła poruszyć mnie na tyle, bym nie wiadomo jak szalała za ich twórczością. Formacja, znana z przede wszystkim gitarowych kompozycji, w 2012 roku wydała krążek zupełnie inny niż dotychczas, pełen całej gamy dźwięków i zupełnie różnorodny. Fakt, że takie posunięcie mogło być ryzykownym, bo przecież wielbiciele Muse z pewnością przyzwyczaili się i pokochali ten zespół właśnie za czysto rockowe brzmienie. A więc czy The 2nd Law to ostatecznie niewypał, czy raczej ciekawy, udany eksperyment?

Nie wiem, czy na miejscu fanów Muse po usłyszeniu pierwszego singla zapowiadającego album zaczęłabym się martwić. Wprawdzie kompozycja ta zaczyna się niepozornie, łagodnymi, wręcz pozytywnymi dźwiękami instrumentów klawiszowych, przekształcając się jednak z czasem w niezły, psychodeliczny, ostry numer, w którym słyszę momentami inspirację zespołem Queen. Podoba mi się też drugi utwór promujący The 2nd Law – subtelne, elektroniczno-rockowe Madness z łagodnymi, ale przyciągającymi uwagę wokalami. Niezłe wrażenie pozostawia po sobie także eleganckie Supremacy, w którym słyszymy przeplatające się ze sobą głośne gitary na zmianę z wstawkami orkiestralnymi, co daje niesamowity efekt wzniosłości kompozycji. Warto też wsłuchać się w nienachalne, ciche solo trąbki w bridge’u.

Zupełnie dałam się oczarować najlepszemu z singli – Panic Station. To najbardziej porywający utwór z całej płyty – energiczny, odważnie czerpiący z muzyki funkowej (takie wpływy słyszę także w Big Freeze), zachwycający swoimi riffami gitarowymi, aroganckim śpiewem Matthew Bellamy’ego i świetnymi liniami basowymi. Zaraz po tym nagraniu dostajemy Prelude, czyli wstawkę orkiestrową, która wprowadza nas do wspomnianego wcześniej Survival. Zaś po nim rozbrzmiewa Follow Me – najsłabszy singiel (i generalnie najsłabsza piosenka z całego albumu), w którym elektronika dominuje, jednak w zupełnie niesmaczny sposób. O wiele bardziej wolę łagodniejsze, ale bardziej wyszukane, Animals, rozbrajające agresywnym zakończeniem. Łatwo także zauroczyć się symfonicznym, subtelnym i  bardzo delikatnym w kontekście twórczości Muse Explorers. W bardzo podobnym klimacie jest utrzymane także nienachalne Save Me. Muse wracają do czystego rocka jeszcze w Liquid Square, za to na koniec serwują nam dwa utwory:The 2nd Law: Unsustainable oraz The 2nd Law: Isolated System. Z tej dwójki zdecydowanie stawiam na nagranie zamykające krążek, o wiele lepiej przemyślane. Pierwszego zaś nie do końca potrafię zrozumieć i kojarzy mi się ono trochę z nieudanym Follow Me. 

Mimo kilku nie do końca udanych miejsc, niedocenienie The 2nd Law jest dla mnie czymś niezrozumiałym. Chociaż to, co Muse przedstawili na swoim przedostatnim krążku było czymś zupełnie odmiennym od poprzednich dzieł, w żadnym stopniu nie oznacza to, że jest to wydawnictwo gorsze – wręcz przeciwnie. To w moich oczach (a może raczej uszach) najbardziej barwny album, jaki do tej pory grupa wydała. A to, że jest tu trochę elektroniki? W takiej ilości jeszcze nikomu ona nie zaszkodziła. Brawo.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Panic Station, Supremacy, Animals
Najgorsze: Follow Me, The 2nd Law: Unsustainable


Dziś mija rok od założenia bloga Reckless Serenade. Kieruję więc podziękowania do wszystkich gości tej strony, którzy czytają moje wypociny, które tu umieszczam oraz zgłaszają albumy do recenzji, a także do moich przyjaciół (Adzie za motywację, Dawidowi za pomysły i całej muzycznej rzeźni za najlepsze wsparcie na świecie).

2 Komentarze

  • Nie znam się na Muse za bardzo, ale przesłuchałem te utwory, które zamieściłaś powyżej i największe wrażenie zrobiło na mnie „Animals”.

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie na nowy wpis.

  • Kupiłam ten album na jakiejś wielkiej wyprzedaży w Media Markt, ale nie przesłuchałam go w calości ani razu. Niezbyt mnie muzyka Muse interesuje, choć „Supermassive” w połączeniu ze scenami ze „Zmierzchu” robi super wrażenie.

    Nowy wpis na http://the-rockferry.pl/

Dodaj komentarz