RECENZJA #57: David Bowie – Blackstar (2016)

Podczas całej swojej muzycznej działalności poznaliśmy mnóstwo oblicz Davida Bowiego. Nie wspominając o takich kultowych wykreowanych postaciach jak Ziggy Stardust, Aladdin Sane, czy Thin White Duke – ten artysta nie zmieniał wyłącznie swojego image’u. Był przede wszystkim muzycznym kameleonem, z każdym albumem miał pomysł na siebie. Te pomysły były raz mniej, a raz bardziej udane, choć kreatywność tego człowieka przewyższyła wszystkie moje oczekiwania. Blackstarod którego wydania niedawno minęły dwa lata to kolejna odsłona Bowiego, tym razem jednak tak wyjątkowa i tak diametralnie inna od wszystkiego, z czego mogliśmy tego wykonawcę kojarzyć, że nie sposób tej płyty nie łączyć z jego śmiercią. Bo chociaż muzyka zawsze odgrywa rolę pierwszorzędną, to w przypadku ostatniego krążka Davida, tło tego wszystkiego ma ogromne znaczenie.

Blackstar nikt się nie spodziewał. Na pewno nikt nie spodziewał się tego, co zostało stworzone. David Bowie, znany z energicznych kompozycji, osadzonych przede wszystkim w glam rocku, lubił eksperymentować, zmieniać muzyczne kierunki, próbować zupełnie nowych rozwiązań. I chociaż wywoływały one szok, nigdy nie był on tak wielki jak w przypadku Blackstar, którego nigdy nie będę bała się nazywać czystą perfekcją.

Sam utwór tytułowy to dzieło tak bardzo przemyślane i różnorodne, że ani trochę przesadzonym będzie stwierdzenie, iż to jedno z najlepszych -o ile nie najlepsze! – nagrań Bowiego. Dzieje się w nim ogromnie dużo. Począwszy od psychodelicznego rozpoczęcia, z charakterystyczną, nieregularną grą perkusji, poprzez grę saksofonu, która prowadzi nas do łagodnego mostku, wykonanego przez ciepły wokal Bowiego. To tam właśnie zaczynają przewijać się w tle charakterystyczne słowa „I’m a Blackstar”, które trzymają się kompozycji aż do końca, podczas gdy sama melodia wraca do początkowego motywu. Pole do interpretacji samego tekstu tego utworu jest ogromne, gdyż jest on niejednoznaczny i pozostawia słuchaczy w ciągłej niepewności, co też Bowie tak naprawdę miał na myśli.

Jako drugi singiel promujący krążek, artysta postanowił wybrać Lazarus, napisany pierwotnie z myślą o sztuce teatralnej o tym samym tytule. W kontekście albumu Blackstar nabiera on jednak zupełnie innego znaczenia – inspirowany jazzem i alternatywą, z charakterystycznymi dźwiękami saksofonów i gitary, sprawia wrażenie, jakby miał być pożegnaniem Bowiego ze światem, podsumowaniem własnego życia:

Look up here, I’m in heaven. I’ve got scars that can’t be seen. I’ve got drama, can’t be stolen. Everybody knows me now.

Muzyk dzieli się ze słuchaczami również nowymi wersjami piosenek sprzed dwóch lat: chaotycznym, ale niezmiernie dobrym ‚Tis a Pity She Was a Whore oraz Sue (Or In a Season of Crime), utrzymanym w podobnym klimacie, choć bardziej gitarowym, a przez to i zdecydowanie ostrzejszym niż pierwszy utwór.  Zachwycam się także mrocznym i zadziornym Girl Loves Me, po którego przesłuchaniu wciąż w głowie mam Bowiego powtarzającego frazę „Where the fuck did Monday go?”.

Najłagodniej z całego krążka brzmi jazzowe Dollar Days, przykuwające uwagę zmęczonym głosem artysty. Całkowicie żegna się z nami wymownie śpiewając I Can’t Give Everything Away, wzruszając do szpiku kości i przekazując na koniec:

This is all I ever meant. That’s the message that I sent.

Blackstar nie jest płytą specjalnie długą. Choć patrząc z perspektywy tego, że to tylko 7 utworów, które razem trwają 40 minut, można się zniechęcić. Ale zniechęcać się w tym wypadku nie warto. To album, którego ciężko jest słuchać tylko i wyłącznie dla przyjemności. Nawet, gdy włącza się go właśnie w takim celu, zawsze wisieć będzie nad nim wielka niewiadoma. Smutek. Mrok. Za każdym razem nachodzić nas będą pytania, dręczyć niezrozumiałe metafory. I choć to wydawnictwo do najłatwiejszych w odbiorze nie należy, z całą pewnością stwierdzam: to najlepszy album w całej dyskografii Davida Bowiego. I najpiękniejsze pożegnanie, jakie można dla słuchaczy stworzyć.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
Blackstar, Lazarus, I Can’t Give Everything Away
Najgorsze:

1 Komentarz

Dodaj komentarz