RECENZJA #58: System Of A Down – Toxicity (2001)

„Ależ ciężko było przez to przebrnąć” – tak brzmiała pierwsza myśl w mojej głowie po zapoznaniu się z Toxicity. Właściwie, to się przestraszyłam. Bo z jednej strony – System Of A Down to jeden ze swojego rodzaju ikonicznych zespołów, z drugiej – ich krążek był dla mnie tak ciężki, że nie miałam zielonego pojęcia co też o nich napiszę. Kilka podejść było potrzebne – wreszcie potrafiłam spojrzeć na tę płytę inaczej i wyrobić sobie o niej opinię. Pytanie tylko, czy pozostała ona zła, czy może udało się dostrzec w tym albumie coś zachwycającego.

System Of A Down, grający ostrą, agresywną muzykę metalową, mimo swojego zupełnie niekomercyjnego potencjału, zdołał zdobyć uznanie słuchaczy i krytyków. Ciepło przyjęty debiut System Of A Down zyskał mnóstwo pozytywnych opinii i został zapisany w książce 1001 Albums You Must Hear Before You Die. Po trzech latach, w 2001 roku powrócili z właśnie Toxicity, którego okładka została jedną z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych na sklepowych półkach.

Przyznam, że ten album, choć na pierwszy „rzut ucha” zdaje się być bezmyślnym łomotem, w rzeczywistości jest niezwykle różnorodny. Chociaż początki do łatwych nie należą. Pierwsza połowa płyty będzie dla przeciętnego słuchacza istną katorgą. Łatwo przez nią przebrnąć nie jest, chociaż po czasie udało mi się przekonać to łamanego Prison Song, przeplatającego ostre gitarowe brzmienie i szept. Z tej części albumu dobrze spoglądam na szybko nawijane Jet Pilot i podobne, krótkie (choć fanką growlu nie jestem). Mamy tu też zmieniające tempo Deer Dance oraz niepozostające w pamięci, nudne Needles, które mało się wyróżnia, a przez to ciężko mi się do niego przekonać. Podczas słuchania Bounce za to mogę być pod wrażeniem tempa, w jakim grupa potrafi zagrać.

Najmocniejszym punktem Toxicity jest jeden z najpopularniejszych utworów zespołu – Chop Suey!. To po to nagranie sięgam najchętniej. Psychodeliczne i ostre zwrotki kontrastują tutaj z delikatnym, balladowym wręcz, poruszającym refrenem. Drugim, zasługującym na uwagę momentem z pewnością jest także nagranie tytułowe. Lubię również nieprzesadnie agresywne, ale też nie delikatne Forest – podoba mi się to, że System Of A Down udało się dobrze wyważyć muzykę i nagrać ją tak, by nie przekraczała granicy dobrego smaku. Podobnie odbieram naprawdę dobre Psycho. Potrafię polubić także delikatne ATWA, a i przychylnie odbieram Science, choć ginie trochę w tłumie innych kompozycji, podobnie zresztą jak Shimmy. Niezmiernie dobrze przedstawia się zamykająca krążek ballada Aerials, za którą skrywa się również hidden track – Arto, zupełnie różna od reszty płyty, mistyczna i przywołująca na myśl muzykę dawnych cywilizacji.

Toxicity to wcale nie zła płyta – choć do moich zachwytów jeszcze jej daleko. Ciężko byłoby mi tej płyty słuchać na co dzień, stąd też sądzę, że nieprędko do niej wrócę, ale wystarczy poświęcić jej trochę więcej czasu, postarać się ją zrozumieć, zauważyć kilka szczegółów, a jestem pewna, że i fani lżejszej muzyki poczują choć w jakiejś części respekt do tej kapeli – bo jednak stworzyć, a tym bardziej zagrać takie kompozycje to nie byle jakie wyzwanie, a i w swoim gatunku przedstawiają się całkiem przyzwoicie.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Chop Suey!, Toxicity, Aerials
Najgorsze: Needles

3 Komentarze

  • SOAD to jeden z zespołów, który mimo tego, że dotarł do wielu ludzi, osiągając komercyjny sukces, do mnie kompletnie nie trafia. Nawet się nie zbliżam do ich nagrań, ale fakt, „Lonely Day” jest całkiem spoko. Pamiętam czasy, gdy ten numer można było „spotkać” na Vivie, czy w stacjach radiowych. To było 12 lat temu!

    Na http://tojestlista.blogspot.com/ ruszyło głosowanie do Notowania #1. Zapraszam do odsłuchania fragmentów piosenek i wspierania swoich faworytów!

Dodaj komentarz