RECENZJA #59: Miley Cyrus – Miley Cyrus & Her Dead Petz (2015)

Odciąć się od wyrobionego przez lata wizerunku nie jest łatwo. Czy to gwiazda Disney Channel, za którą szaleją nastolatki, czy wulgarna postać niemyśląca o konsekwencjach. Miley Cyrus, jak powszechnie wiadomo, rozpoczynająca swoją karierę grając tytułową rolę serialu Hannah Montana też miała z tym problemy. Próbowała już pokazać pazur na przeciętnym Can’t Be Tamed, by w końcu zostać kojarzoną ze skanadalami na popowym Bangerz. Za to 2 lata później, w 2015 roku, wydała po cichu album, który nigdy koniec końców nie ukazał się fizycznie. Niekomercyjny, zupełnie nieradiowy, choć kontrowersyjny. I chociaż nie było o nim głośno, wstyd powiedzieć, by nie było warto sięgać po wydawnictwo, zatytułowane Miley Cyrus & Her Dead Petz.

Ten krążek może odstraszać długością. 23 utwory. Ponad półtorej godziny muzyki. A jednak to najbardziej eksperymentalne i śmiem twierdzić, że najciekawsze kompozycje, jakie ta wokalistka kiedykolwiek nagrała. A co ważniejsze, słuchanie ich wcale się nie dłuży. Całość otwiera krzykliwe, inspirowane R&B Dooo It! charakteryzujące się ignoranckim wokalem artystki. Promowała ona ten krążek za pomocą teledysku, razem z pół-mówionym, napakowanym przekleństwami BB Talk – które jest, swoją drogą, genialne i do którego zaprasza nas przerywnik Fucking Fucked Up. Jest tu też wpadające w ucho, zadziorne Bang Me Box, w którym pojawiają się gitary. Do energicznych nagrań zalicza się i elektroniczne 1 Sun. 

Miley Cyrus na swoim przedostatnim krążku potrafi jednak także wzruszać za pomocą ballad. Do tych najbardziej charakterystycznych zaliczają się smutne Karen Don’t Be Sad i emocjonalne Pablow The Blowfish (zdobyć się na takie emocje śpiewając o rybce – mistrzostwo), choć nie sposób nie wspomnieć także o uroczym, zamykającym wydawnictwo Twinkle Song. To jednak nie wszystko. Uwielbiam gitarowo-elektroniczne The Floyd Song (Sunrise), w którego klimacie utrzymane jest również Something About Space Dude. Do moich faworytów należy także kosmiczne Space Bootz, ale nie zapominam też o rozlazłym Fweaky z niechlujnym śpiewem Miley. Łagodnie brzmią także I Get So Scared, Lighter, czy mroczne Evil is but a Shadow. Za to najbardziej pod względem lirycznym porusza mnie Cyrus Skies: 

Eyes are strange. They say everything. While I’m lost, they just try to sing.

Na albumie Cyrus nie brakuje jednak psychodelii. Choć wiele kompozycji z Miley Cyrus & Her Dead Petz ma specyficzny klimat, najbardziej wyraźny jest on w kilku, na czele z Milky Milky Milk, zaskakującego różnorodnymi dźwiękami. Ujawnia się też w choćby drugim z przerywników – wyróżniającego się przerobionym głosem I’m So Drunk, które wprowadza nas do kolejnego, wykrzyczanego I Forgive Yiew, a i dreszczyk pozostawia po sobie instrumentalne Miley Tibetan Bowlzzz. 

W tym wszystkim wokalistka znalazła nawet miejsce na trzy duety. Pierwszym jest niezwykły Slab of Butter (Scorpion), nagrany z Sarah Barthel i czerpiący z muzyki alternatywnej. To bardzo dobra kompozycja łącząca przyjemny bit z mrokiem gitar elektrycznych. Natomiast w Tangerine pojawia się Big Sean – choć ten raper zwykle nie rusza mnie nie wiadomo jak, myślę, że nadaje temu utworowi wyrazistości, tworząc go jeszcze ciekawszym i idealnie wpasowując się w jego klimat. Ostatnią kolaboracją jest powolne Tiger Dreams, do którego trzy grosze dorzucił Ariel Pink – nie przeszkadza mi tu nawet przerobiony wokal Miley – całość brzmi niezwykle mrocznie i poruszająco: brawo.

Miley Cyrus bardzo cenię, nie tylko ze względu na sentyment do jednego z ulubionych seriali dzieciństwa, ale i przez to, że na swojej drodze próbowała już różnych ścieżek i udawało jej się na każdej z nich wypaść autentycznie. Jednak dopiero na Miley Cyrus & Her Dead Petz zdołała to zrobić w sposób niebanalny i zupełnie nieprzewidywalny. A kiedy zamknie się oczy i wsłucha, łatwo jest stwierdzić, że to właśnie na tym krążku artystka brzmi najszczerzej.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Evil is but a Shadow, Tiger Dreams, Space Bootz
Najgorsze: 

1 Komentarz

  • Kocham ten album i nie rozumiem, czemu jest tak niedoceniany. W końcu Miley pokazała, na co ją stać. Wybiła się ponad przeciętność i nagrała coś innego.
    To jedyna cd Miley, którą chciałabym mieć w domu. I jak na złość jedyna nie wydana w wersji fizycznej 🙁

    Nowy wpis na http://the-rockferry.pl/

Dodaj komentarz