RECENZJA #61: Cher Lloyd – Sorry I’m Late (2014)

Ciężko zliczyć wykonawców, którzy brali udział w talent show, nie wygrali, ale sukces i tak odnieśli. Do takiej grupy zalicza się również młodziutka Cher Lloyd, która po swoich poczynaniach w X Factor nagrała w wieku 18 lat album Sticks + Stones, brzmiący w moim odczuciu niezwykle plastikowo, nienaturalnie, a słuchanie go było wątpliwą przyjemnością. Trzy lata później wokalistka wróciła, pozując na „bad girl” z kolejnym krążkiem, zatytułowanym Sorry I’m Late. Artystka przeprasza nas więc na wstępie za to ile musieliśmy czekać, choć to, czy jej wybaczymy zależy tylko od zawartości płyty. Spoiler: łatwo nie będzie.

Przyznam już na początku – Cher Lloyd należy do grona piosenkarek, do których choćbym nie wiem jak próbowała, ciężko będzie mi się przekonać. Nie przepadam bowiem ani za jej barwą głosu, ani sposobem śpiewania ani za muzyką, którą dotychczas zdążyła się z nami podzielić. Fakt faktem, na Sorry I’m Late jest pewna różnica, w zestawieniu ze swoim poprzednikiem, choć wszystko to brzmi, jak gdyby dziewczyna próbowała stworzyć coś ambitniejszego, ale w praktyce nie do końca to słychać.

Wrażliwą stronę Cher poznać możemy za sprawą ballad, których na debiucie brakowało. Najlepiej, nie tylko w tej kategorii, ale i w kontekście całej płyty, przedstawia się skromne, urzekające swoją prostotą Goodnight, w którym górę bierze gitara akustyczna i nienachalny wokal artystki. To zdecydowanie moja ulubiona pozycja wśród wszystkich dotychczasowych kompozycji tej piosenkarki. Do szufladki tego rodzaju piosenek możemy także wrzucić power-ballad jaką jest emocjonalne, podniosłe Human. Nie do końca za to potrafię się przekonać do czerpiącego z elektroniki Sweet Despair. Mieszane uczucia pojawiają się także przy stojącej na pograniczu ballady i zwykłej, popowej piosenki Sirens – zdecydowanie wolę jej zwrotki oparte na gitarze, niż refren (gdyby inaczej go zaaranżowano, zapewne wypadłoby to o wiele lepiej), choć i tak to jeden z przyjemniejszych punktów tego wydawnictwa.

Z tych bardziej energicznych momentów na Sorry I’m Late moim ulubionym jest zdecydowanie hip-hopowe I Wish, w którym udziela się T.I.. Reszta niestety nie przedstawia się w moich oczach (uszach?) tak kolorowo. O ile słabe Bind Your Love (refren tej piosenki jest swego rodzaju „guilty pleasure”) czy otwierające krążek Just Be Mine  z irytującymi wokalami w tle jeszcze z trudem przeboleję, tak zupełnie nie trawię chaotycznego i plastikowego pod każdym względem Dirty Love. Podobnie zresztą jak pochodzącego od tych samych producentów Killin’ It, czy niewypału w postaci M.F.P.O.T.Y. Brzmienie tych piosenek pozostawia dużo do życzenia. Trochę lepiej przedstawia się Alone With Me, które zostało uratowane przez refren z odważnym wokalem panny Lloyd.

Choćbym nie wiem, jak bardzo chciała, nie potrafię przyznać tej płycie więcej niż dwójkę z plusem. Krok w przód wykonany od pierwszego albumu Cher Lloyd jest niezwykle mały. Ta płyta ma kilka „highlightów„, po które warto sięgnąć, by ujrzeć w tej piosenkarce choć trochę potencjału. Zważając jednak na to, ile producentów i kompozytorów dołożyło swoje trzy grosze podczas tworzenia tej płyty, nic dziwnego, że odbiorca spodziewa się tworu o wiele lepszego. Niestety jednak, choć materiał mógłby dostać naklejkę z napisem „guilty pleasure„, nie porwał mnie na tyle, bym się chociaż uśmiechnęła, potupała nogą, a co dopiero sięgnęła po ten krążek ponownie. Brakuje tu często emocji, a bez nich ciężko o dobrą twórczość.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
 Goodnight, Human, I Wish
Najgorsze: Dirty Love, Killin’ It, M.F.P.O.T.Y. 

6 Komentarzy

  • Cher Lloyd cierpi na „syndrom drugiego albumu” – o ile pierwszy mam nawet w domowej kolekcji, kupiony za całe 19.99 i znajduję tam coś dla siebie, tak drugiego nigdy nie sprawdziłem. Paradoksalnie „I Wish” uważam za jej najlepszy numer, tak powinien brzmieć rasowy, nowoczesny pop.

    Zapraszam na nowe notowanie na http://tojestlista.blogspot.com/

  • Trudno się wypowiadać ale u mnie tak to jest że właśnie ten cały album to moje guilty pleasure. Całe wakacje słuchałem tego albumu i się zastanawiałem co mi tak bardzo podoba się w tych piosenkach? Głos? Teksty? Rytm? Zawsze coś kuleje a jednak prawie każdą lubię. Oczywiście Sirens i Human to dla mnie ważne utwory bo słuchałem ich gdy dużo u mnie zła w życiu się przytrafiło i mam sentyment. I w końcu zdarzyło się tak że kupiłem płytę (NO NIE POWIEM. OKŁADKA JEST ŚWIETNA HAHA). Kiedy pytam się o Cher Lloyd kogoś to są tylko dwie grupy :
    1) ci co lubią ją w wyciskających łzy balladach
    2) ci którzy lubią jej wesoły ton głosu w piosenkach które wywołują uśmiech.
    I nic poza tym w sumie.
    Pierwszy album jak na debiut był okay. Dziecięcy ale przemyślany. Sorry. I’m late jest jakby nieprzemyślane a to dziwne bo masa ludzi pracowała nad albumem. Śledząc Cher w mediach społecznościowych podobno wraca pod koniec tego roku. Może wyda świetny,spójny album ALE pytanie czy po Sorry I’m late w ogóle ktos będzie chciał sięgnąć po ten album wiele razy?

    • Może to, że tyle ludzi nad nim pracowało jest powodem tej niespójności, chociaż u mnie niespójność jest akurat najmnniejszym problemem Sorry I’m Late. Ciężko jednak stworzyć coś spójnego, kiedy lista producentów jest tak długa, a każdy zapewne ma swoją inną wizję.

  • Te cztery piosenki, które wrzuciłaś w żaden sposób nie brzmią jak coś, czego chciałbym na dłuższą metę słuchać 😉

    Pozdrowienia + zapraszam do siebie na nowy wpis

Dodaj komentarz