RECENZJA #64: Sting & Shaggy – 44/876 (2018)

Jeden z nich to brytyjczyk, kultowe nazwisko zapisane wyraźnie w historii muzyki, znany z mnóstwa przebojów, zarówno solowych (Shape Of My Heart, Englishman In New York, Fields Of Gold) jak i tych pod szyldem grupy The Police (Every Breath You Take, Message In A Bottle). Drugi ma na koncie nie mniej hitów (Angel, It Wasn’t Me), chociaż urodzony na Jamajce serwuje swoim słuchaczom przede wszystkim reggae. Oboje jednak postanowili połączyć swoje siły. Sting Shaggy zaryzykowali i mimo różnic w swoich dorobkach, nie bali się spróbować co wyjdzie, gdy wejdą razem do studia. Zdaje się nawet, że bawili się przy tym świetnie, bo od 44/876 aż bije pozytywna energia.

Wielbicielom Stinga zapewne ciężko było sobie wyobrazić swojego ulubieńca wykonującego utwory odważnie osadzone w reggae. Nic zresztą dziwnego, choć warto przypomnieć, że w 2017 roku mogliśmy usłyszeć specjalną wersję Englishman In New York w aranżacji czerpiącej właśnie z tego gatunku, w ramach projektu Spotify Singles. Trzeba jednak przyznać, że na 44/876 wypada w takiej stylistyce całkiem naturalnie, co udowodnił już za pomocą niezmiernie udanego, lekkiego gitarowego singla Don’t Make Me Wait. W takim stylu na krążku znaleźć możemy także Just One Lifetime. Mniej udaną zapowiedzią było natomiast nagranie tytułowe, do którego dorzucili się Morgan Heritage oraz Aidonia. Choć taki skład powinien wskazywać na nic, prócz czystego reggae, w rzeczywistości to nagranie dużo czerpie ze współczesnego popu czyniąc je mało oryginalnym. Na szczęście na wydawnictwie mało poza tym takich czystych „radiówek”.

Ciężko oprzeć się słonecznemu, wakacyjnemu Morning Is Coming, któremu wyrazu dodają instrumenty dęte – wbrew pozorom nie obciążają one tego utworu, a wręcz przeciwnie, to ich zasługą jest jego ciepły klimat. Przenieść się mentalnie na Jamajkę możemy także przez To Love And To Be Loved, choć o wiele przyjemniej słucha się Sad Trombone. Nieco surowiej może zrobić się za sprawą chłodniejszego Waiting For The Break Of Day, czy udanego Crooked Tree. Wśród innych nagrań wyróżnia się Dreaming In The U.S.A. – więcej tu gitar, grających w rytm pop-rocka. Mogłoby to być całkiem udane, gdyby nie przesłodzony, wręcz zbyt pozytywny refren. O wiele chętniej sięgam po radiowe, ale przyjemne Gotta Get Back My Baby. Na listę udanych nagrać wpisuje się także kołyszące i delikatne 22nd Street, w którym dużą rolę odgrywają nie tylko gitary, ale i nienachalna gra perkusji. Muzycy żegnają się z nami niezmiernie przyjemnym dla ucha Night Shift, zdającym się podsumowywać to, co artyści przedstawili nam na krążku. To całkiem zgrabne, nienarzucające się nagranie do potupania nogą.

44/876 jak każda kolaboracja miało prawo być niewypałem tudzież ciekawym projektem. Idealnym albumem nazwać go nie można. Przesadnie ambitny, czy trudny w odbiorze też nie jest, ale nie w tym rzecz. Sting i Shaggy to jedno z najciekawszych zestawień artystów, jakie w ostatnim czasie pojawiło się na rynku muzycznym i chociaż moje własne wyobrażenia tego krążka były zupełnie inne, to słucha się go całkiem dobrze. Może w całości te kompozycje zlewają się ze sobą, a nawet niekiedy nużą, ale kiedy sięga się po nie oddzielnie, łatwo dostrzec ich zalety. To z pewnością dobra pozycja na czas lata, dla wielbicieli lekkiego reggae zmieszanego z nieplastikowym popem.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Don’t Make Me Wait, Morning Is Coming, Night Shift
Najgorsze: 44/876, Dreaming In The U.S.A.

Dodaj komentarz