RECENZJA #68: Zara Larsson – So Good (2017)

Choć wydawać się może, że So Good to jej debiut, wcale tak nie jest. Zara Larsson pojawiła się na rynku muzycznym tak naprawdę już w 2013 roku z epką Introducing, która w Szwecji osiągnęła potrójną platynę. Sukcesu tego nie zdołała ponowić za sprawą kolejnego minialbumu, Allow Me to Reintroduce Myself, choć nie w tym rzecz. Rok później udało jej się wydać pierwszy album długogrający, zatytułowany po prostu – dostępny do dziś jedynie w państwach skandynawskich, gdzie odniósł największy sukces. Nie zaprzestała jednak pracować, w 2015 wydając kolejną epkę, Uncover, by w końcu rozkochać w sobie cały świat głośnymi singlami, które sprawiły, że jej ogromne już grono wielbicieli nic, tylko czekało na drugi krążek. I doczekali się. Po długiej drodze do sukcesu, udało się zdobyć niezmierną popularność i wydać So Good. Pytanie, które dziś stawiam to to, czy popularność ta jest zasłużona i czy faktycznie warto było czekać – oraz czy jest to rzeczywiście tak dobra płyta, jak tytuł sugeruje.

So Good promowane było przez całe mnóstwo singli i to jeszcze przed jego wydaniem. Pierwszy – i zakładam, że najpopularniejszy – Lush Life, jest mi zupełnie obojętny. To mało oryginalne nagranie, choć słuchanie go nie boli. Niestety, wśród grupy utworów promujących wydawnictwo nie potrafię strawić zupełnie nijakiego Ain’t My Fault, które łatwo by było pomylić z jakąkolwiek inną piosenką w radiu. Nie przekonuje także kiczowate nagranie tytułowe, podobnie zresztą jak mające potencjał Don’t Let Me Be Yours zepsute przez warstwę muzyczną w refrenie, czy oklepane Never Forget You, w którym usłyszeć możemy MNEKa . Przyzwoitymi za to mogę określić Only You oraz I Would Like. 

Niestety, z resztą Zara Larsson ledwo daje radę. Drugi album wokalistki okazuje się być po prostu zbiorem typowych „radiówek”, które na dłuższą metę są męczące i nudne. So Good to melodie modne, które mają podobać się przeciętnemu słuchaczowi. Do takich zaliczam chociażby TG4M, czy Sundown będące duetem z WizKidem. Podobają mi się jednak nagrania, w których piosenkarka potrafi skupić się na swoich wokalnych możliwościach, brzmiąc przy tym szczerze. Dlatego całkiem przyjemnie słucha się otwierającego płytę What They Say, czy łagodnego Make That Money Girl. Dobrze jest także sięgnąć po nienachalne Funeral, czy skromne I Can’t Fall In Love Without You. Pierwsze miejsce jednak zajmuje tutaj One Mississippi, będące balladą czerpiącą z R&B.

Największa wada So Good? Jest przeraźliwie nijakie. Problemem nie jest to, że Zara Larsson gra muzykę popową – można ją przecież tworzyć na poziomie. Ale od jej utworów aż uderza komercja i chęć zdobywania szczytów list przebojów. Co więcej, mimo tego, że znalazły się tutaj utwory, których słuchanie jest całkiem przyjene, nie potrafię ujrzeć w niej potencjału na bycie kimś, o kim będziemy długo pamiętać. Szkoda, że tak wielu wykonawców podporządkowuje się panującej modzie – i to w nierozsądny sposób.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: One Mississippi, What They Say, Funeral
Najgorsze: So Good, Don’t Let Me Be Yours, Ain’t My Fault

4 Komentarze

  • Bardzo dobra recka.
    Moje favy to Only You, One Mississippi,
    Lush Life bo mimo tej komercji to bardzo dobre nagranie. W Funeral lubię silny głos Zary oraz I would like będące perfekcyjnie zrobioną popową piosenką. A co sądzisz o Symphony? Też jest bodajże na płycie jako dodatek.

    • Zupełnie nie potrafię się do tego nagrania przekonać. Jest okropnie typowe i radiowe. Powiedzmy, że ominęłam je w recenzji na korzyść Zary 😉

Dodaj komentarz