RECENZJA #72: Ray LaMontagne – Part Of The Light (2018)

Ray LaMontagne, mistrz magicznego klimatu osiągniętego skromną, nieprzekombinowaną muzyką, autor swojego osobistego przeboju Jolene, wrócił po dwóch latach z nowym krążkiem. Wokalista znany i ceniony przez swoją wyjątkową barwę głosu na ostatnim albumie trochę poeksperymentował. Zawsze kojarzony z minimalistycznym folkiem, na pochodzącym z 2016 roku Ouroboros postanowił sięgnąć po trochę mocniejszego, gitarowego grania przeplatanego charakterystyczną dla siebie otoczką. W jego twórczości nie brak jednak wpływów muzyki country (słyszanych szczególnie na Gossip In The Grain). Tym razem artysta pozostał przede wszystkim sobą – Part Of The Light zdaje się być subtelną mieszanką tego, co dla LaMontagne najbardziej charakterystyczne, wszystkim co siedzi mu w głowie, złączonym w spójny, przyjemny album.

Muzykowi udało się przyciągnąć do siebie ponownie słuchaczy. Przed premierą wydawnictwa poznać mogliśmy singiel Such A Simple Thing, pozostawiający po sobie niezmiernie miłe doznania. To skromny, emocjonalny numer, przykuwający uwagę charakterystyczną dla siebie folkową grą gitar. Nieco więcej rockowego zacięcia wtrącił do kolejnej ukazanej kompozycji, Paper Man. 

Ostrzejszych gitar na nowej płycie Raya zresztą nie zabrakło. Ich gra w Paper Man to nic w porównaniu do mrocznego As Black As Blood Is Blue, będącego akcentem Part Of The Light łączącym rock z folkiem. Najmroczniej wypada jednak na tym albumie No Answer Arrives, przekonujące do siebie o wiele bardziej niż wyżej wspomniane utwory.

Trzeba jednak przyznać, że ten artysta najkorzystniej wypada w typowej dla siebie stylistyce – klimatach czysto folkowych. I choć doceniam jego chęć sięgania po więcej, sama z największą przyjemnością wracam do właśnie tego typu melancholijnych nagrań. Szybko więc przypadła mi do gustu nieco przepełniona patosem ballada It’s Always Been  You, w której zdaje się, że głos Raya dochodzi z oddali wyśpiewując słowa:

Since the first your eyes found mine, it was all at once I knew. It’s been you, it’s always been you.

W taki nastrój udało się wokaliście wprowadzić nas właściwie już za sprawą otwierającego płytę, akustycznego To The Sea. Fanom poprzednich dokonań tego muzyka z pewnością przypadnie do gustu ciche Let’s Make It Last, któremu wyrazu nadaje gra pianina. Jeszcze bardziej poruszyć ich powinno nagranie tytułowe, gdzie artysta nieustannie stawia pytania, na które nie zna odpowiedzi:

Why so many people always runnin’ ‚round looking for a happiness that can’t be found? […] Why so many people only close their eyes? Turn their eyes at others’ lives are torn apart?

Album zwieńcza najdłuższe nagranie na nim. To właściwie definicja tego krążka, będąca propozycją melancholijną, podsyconą z czasem nienachalną grą perkusji i gitar elektrycznych, dających temu nagraniu nieco mroku.

Jak podsumować Part Of The Light? To w dorobku Raya LaMontagne pozycja dobra, choć nie przełomowa. Muzyk proponuje nam to, w czym wypada najkorzystniej. Wydawnictwo jest propozycją niezwykle przyjemną w odbiorze, łagodną i nienachalną, która z pewnością dobrze wkomponuje się w wieczorowy nastrój. To płyta udana, której jednak poznawaniu nie towarzyszy przesadny zachwyt. Niewiele tutaj kompozycji, które potrafiłyby słuchacza stuprocentowo zaskoczyć, ale też żadna nie jest na tyle zła, by zapisać ją w rubryczce najgorszych utworów. Nie sądzę, bym umieszczała ją na szczycie notowania najlepszych albumów 2018 roku, nie wiem też, czy chce się do niej często wracać. To po prostu przyzwoity album.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: No Answers Arrives, It’s Always Been You, Part of the Light
Najgorsze:

Dodaj komentarz