RECENZJA #76: Ben Howard – Noonday Dream (2018)

Ben Howard, choć niezwykle utalentowany, nie ma w zwyczaju wydawać albumów co chwilę – dlatego wielbiciele tego artysty są wystawiani na próby cierpliwości, czekając na kolejne wydawnictwa. Debiut muzyka a jego drugą płytę dzielą 3 lata, zaś na tą ostatnią – Noonday Dream musieliśmy czekać aż 4. Sprawdzian Bena z drugiego krążka został zdany na piątkę z plusem: udało się nim zaskoczyć fanów debiutanckiego Every Kingdom i ujawnić jeszcze więcej możliwości artysty, który postanowił wyjść poza ramy skromnego, gitarowego, folkowego grania. Czy jednak po postawieniu tak wysokiej poprzeczki za sprawą I Forget Where We Were, Brytyjczyk zdoła zadowolić słuchaczy tegorocznym, ponownie nieco innym od pozostałych prezentem?

Na Noonday Dream słychać muzyczne korzenie Bena Howarda – nie opuścił on typowej dla siebie gitary i brzmień akustycznych, odważając się jednak na coraz więcej eksperymentów. To już nie tak typowy indie-folk jak na debiucie i nie czerpiący z ambientu I Forget Where We Were. Po raz kolejny jednak ukazuje swoje umiejętności, starając się wycisnąć z nich jak najwięcej tylko się da.

Niemal połowę tego krążka – a składa się on z dziesięciu utworów – piosenkarz ujawnił właściwie jeszcze przed jego premierą. Zaryzykował wiele rzucając eksperymentalne, rozbudowane nagranie A Boat To An Island On The Wall na pierwszy ogień. To tutaj właśnie zaczyna próbować uczynić tę kompozycję ciekawszą za sprawą elektroniki – która brzmi jednak tak nienachalnie i rozsądnie, że nie sposób powiedzieć jej „nie”. Idealnym zaś jej dopełnieniem jest surowa gra gitar elektrycznych. Nie czekając długo, postanowił opublikować równie odważne, skromne Towing The Line, przykuwające uwagę wokalem.

Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły dwie kompozycje: ta otwierająca i zamykająca płytę. Pierwsza to ciche, nienachalne, urzekające skromnością Nica Libres At Dusk, druga – psychodeliczne Murmurations, przywołujące na myśl apokalipsę za sprawą tekstu:

I asked my neighbour what time is it,  time you know you can’t get it back. Why we all so miserable? Well, that’s right! Nobody ever comes back. 

Ta płyta to zbiór kolejnych punktów, wśród których nie znajdzie się ani jeden obok którego można by było przejść obojętnie. Tak jest choćby z nieco kosmicznym What The Moon Does, czy choćby nawet krótkim, ale przykuwającym uwagę All The Mines (Interlude), które wprowadza nas do jednej z bardziej wyrazistych piosenek, jakie czekają na nas na Noonday Dream. Mowa tutaj o nieco głośniejszym The Defeat, które dopełnia gra perkusji. Instrument też istotną rolę odgrywa również w łagodniejszym Someone In The Doorway. Warto zatrzymać się przy nieco ambientowym, pozostawiającym po sobie ciarki, do połowy instrumentalnym A Boat To And Island Pt. 2 / Agatha’s Song. Najwięcej „dawnego Bena” słychać natomiast w gitarowym There’s Your Man. 

Niezwykle cenię sobie w Benie Howardzie jego chęci do podejmowania kolejnych wyzwań. Do stawiania poprzeczki wysoko i prób pokonywania jej. Cenię to, że jest artystą zdecydowanym, artystą, który obrał kierunek, jakiego się trzyma, a jednocześnie nieustannie próbuje zaskakiwać. Noonday Dream to krążek, któremu potrzeba czasu. Przyswajanie go jest bowiem najcięższym wyzwaniem spośród wszystkich trzech, które do tej pory ujrzały światło dzienne. I choć droga przez niego do najłatwiejszych nie należy, warto. To bez wątpliwości najbardziej przemyślany album, jaki do tej pory od tego muzyka otrzymaliśmy.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
 Nica Libres At Dusk, A Boat To An Island Pt. 2 / Agatha’s Song, Murmurations
Najgorsze:

Dodaj komentarz