RECENZJA #78: Arctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2006)

Dziś uznawani są za jeden z najbardziej wpływowych i najważniejszych indie-rockowych zespołów naszego pokolenia. Na koncie mają już sześć płyt, z czego ostatnia podzieliła ich fanów jak żadna inna. Choć z muzyką niekomercyjną niewiele mają wspólnego, ich wielbiciele to słuchacze różnorodnych dźwięków. Ale przecież każdy od czegoś musi zacząć – a Arctic Monkeys zaczęli z przytupem. Głośnym przytupem. Bo ich pierwsza płyta, o niezwykle oryginalnym tytule, Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not, to najszybciej sprzedający się debiut w historii brytyjskiego rynku fonograficznego, w dodatku zapisany w książce 1001 Albums You Must Hear Before You Die. Czy dziś ten krążek, liczący już 12 lat brzmi wciąż świeżo i aktualnie, czy może stosunkowo archaicznie?

Słuchacze Arctic Monkeys, którzy grupę poznali za sprawą niezwykle popularnego wydawnictwa, AM, włączając pierwszy album chłopaków mogą się nieco zdziwić. To nie tak eleganckie, wysublimowane granie, w jakiego kierunku idą teraz. Tutaj znajdziemy zdecydowanie więcej chaosu i młodzieńczej energii. I chociaż przez wielu dziś ta płyta jest zapomniana, to warto czasami sięgnąć po nią ponownie.

Fakt faktem, Arctic Monkeys nie zdołali spośród tych 13 utworów stworzyć tyle przebojów, ile dali radę za sprawą swojego przedostatniego krążka, ale niezaprzeczalnym jest, że to właśnie na nim znalazł się jeden z największych i niejako „nieśmiertelnych” hitów grupy – mowa tutaj o I Bet You Look Good On The Dancefloor, które z ręką na sercu uznaję za piosenkę z czołówki tych najciekawszych kompozycji „małp”. Ciężkie gitary rozpoczynające utworów, za sprawą wirującego przejścia podsyconego nachalną grą perkusji zmieniają się tutaj w łagodniejsze, taneczne zwrotki, które znów przechodzą transformację w głośny, chaotyczny refren – wygląda na to, że to przepis na naprawdę niezły rockowy kawałek. Znalazło się także na tej płycie uwielbiane przez fanów  Murdy Bum, oparte na wesołych gitarowych riffach, charakteryzujące się delikatnym, ale przykuwającym uwagę refrenem.

Choć na Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not przeważają głośne i szybkie utwory, znalazło się też miejsce dla ballady – mianowicie niezwykle nienachalnego i cichego Riot Van. To właściwie wyjątek i nie ma co tutaj szukać takich kompozycji więcej. Już na samym początku wita nas energiczne The View From The Afternoon. Moim jednak zdaniem na uwagę zdecydowanie bardziej zasługują nieco już zapomniane, ale wciąż świeże i niezmiernie dobrze wyważone Fake Tales Of Francisco ze świetnymi solówkami basu i perkusji oraz zapadającymi w głowę słowami:

Love’s not only blind but deaf.

Perkusja to niezwykle istotny i nadający charakteru instrument w wielu kompozycjach na tym krążku. Warto zatrzymać się przy dość mrocznym Dancing Shoes, w którym to właśnie ona jest odpowiedzialna za taki klimat utworu. Nie sposób nie docenić jej wkładu również w niszowym Perhaps Vampires Is A Bit Strong But…, za to powoduje chaos w refrenie mało dojrzałego From The Ritz To The Rubble, które jednak warto pochwalić za udany mostek i zakończenie. Do moich osobistych ulubieńców zaliczam natomiast Still Take You Home, które, choć pod względem muzycznym mało wyróżnia się na tle reszty, nadrabia wiele rymowanym, wpadającym w ucho tekstem:

I don’t think you’re special,
I don’t think you’re cool.
You’re just probably alright
But under these lights you look beautiful.

Dobrze za to przedstawia się basowe Red Light Indicates Doors Are Secured. Dla osób zmęczonych ciężkim brzmieniem za to muzycy przygotowali na zakończenie uniwersalne i przyjemne A Certain Romance. A coś ze słabszych punktów? Nie potrafię przekonać się do nijakiego, niedopracowanego, sprawiającego wrażenie zapychacza You Probably Couldn’t See For The Lights But You Were Staring Straight At Me. 

Mimo wszystko – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not to dobry i odważny debiut. Patrząc na niego z perspektywy czasu niekiedy ciężko dostrzec choćby pierwiastek z niego w aktualnej twórczości Arctic Monkeys. To kompozycje, których, jak zakładam, ci muzycy w tamtym czasie potrzebowali – nie do końca dojrzałe i rozsądne, ale posiadające w sobie urok, a nawet i przebojowość, która wcale nie objawia się tu tak oficjalnie. I chociaż, owszem, dziś ta płyta brzmi nieco śmiesznie w zestawieniu z klasą, którą reprezentują ci panowie dziś, śmiem twierdzić, że to właśnie rzecz, za którą ten zespół się tak uwielbia – za każdym razem są inni.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
 I Bet You Look Good On The Dancefloor, Fake Tales Of San Francisco, A Certain Romance
Najgorsze: You Probably Couldn’t See For The Lights But You Were Staring Straight At Me

Dodaj komentarz