RECENZJA #79: Leski – Miłość. Strona B (2018)

Mogłoby się wydawać, że jeszcze tak niedawno dopiero zaczynał, że przecież przed chwilą dostaliśmy epkę Zaczyn, by później cieszyć uszy debiutanckim, łagodnym, indie-folkowym longplayem .splot. Tymczasem to już 3 lata mijają od pierwszej płyty Leskiego. Wokalista, który dał się poznać publiczności poprzez takie utwory jak Lepiej Wcale czy Kosmonauta, opisany jako muzyk wykonujący dream-folk, powrócił z nowym krążkiem. Tym razem nie jest tak cicho, nie tak akustycznie, nie tak kameralnie. Bez obaw – Leski wcale nie skręcił w komercyjne brzmienia. Jest za to zdecydowanie barwniej i profesjonalniej. Czas więc sprawdzić, czy mimo wszystko Miłość. Strona B to wystarczający krok naprzód po takiej przerwie.

Leski na nowej płycie sięga po zdecydowanie inne brzmienia, niż poprzednio. Choć wydawać by się mogło, że na pierwszy „rzut ucha” otwierający wydawnictwo Skąd ten wir osadzony jest nadal w gitarowych brzmieniach, w rzeczywistości już ta kompozycja zapowiada dzieło o wiele bardziej wyraziste od debiutanckiego .splotu. Artysta nie boi się ryzyka – szuka nowych rozwiązań, co chwila sięgając po coś zaskakującego. Miło zaskakuje także na zmianę energiczny i powolny, pozytywny Pocisk, przykuwający uwagę lekceważącym wokalem – który brzmi tu na plus, oczywiście.

Słuchając Miłość. Strona B niekiedy wydaje się, że pora roku, o której Leski zdecydował się ukazać światu drugi krążek, jest nieprzypadkowa. Znajdzie się tu grono utworów wprost idealnych na lato. Do takich zaliczam chociażby intrygujące, pozostające w głowie na długo Humanitarnie, z zapadającym w głowę refrenem:

A przecież tylko chcesz miłości, tylko miłości chcesz.

Zdecydowanie zaskakuje też sięgnięcie po elektronikę. Najlepiej w tej kategorii wypada odważny Bejrut z eksperymentalną, przyprawiającą o ciarki końcówką. Ogromne wrażenie robi jednak także na mnie emocjonalny Skowyt, który dopełnia mroczna gra gitar i perkusji. Stosuje ją również w samym nagraniu tytułowym, będącym nieprawdopodobnie dobrą i tajemniczą balladą.

Na drugiej płycie jest parę momentów, w których Leski naprawdę potrafi oczarować. Niezwykle słucha się nieszablonowej, wzniosłej kompozycji Skóra, czy intymnego Cukru, w którym muzyk daje przypomnieć o swojego zamiłowania do akustycznych dźwięków, wyśpiewując również wyraźnie słowo po słowie. Takim skromnym nagraniem jest również monotonne Q. W folkowym klimacie utrzymuje także cichutki, podsycony delikatną grą perkusji Polaroid, przywołujący obrazy konkretnych, wyśpiewywanych przez Leskiego momentów. To uczucie towarzyszy właściwie wysłuchiwaniu całego albumu – słowa dochodzące z utworów z łatwością pozostawiają w głowie kadry obrazujące kolejne to wersy kompozycji. Całość zwieńcza zaś dream-popowe nagranie, zdające się podsumowywać tę płytę, kończyć ją  świadomie i w przemyślany w sposób – artysta tylko utwierdza w przekonaniu, że to nie byle jaki zlepek zwykłych piosenek.

Słysząc, że po raz kolejny ktoś proponuje nam płytę o miłości, reakcje są przewidywalne i zrozumiałe – bo jak to? Przecież nie da się stworzyć naprawdę wyjątkowego krążka śpiewając o tym samym, co tysiące innych wokalistów? A jednak. Leski swoim nowym dziełem pokazuje, że to wbrew pozorom wcale nie przereklamowana tematyka – wręcz przeciwnie. Miłość. Strona B to spójność i różnorodność. Spokój i energia. Śpiew przeszywający na wskroś. Słowa pozostające w pamięci na długo. A wreszcie – niewyobrażalnie duży krok do przodu. To największa zaleta tej płyty. Ten muzyk nie stoi w miejscu i ma w sobie przeogromny potencjał, który nie powinien w żadnym wypadku zostać zaprzepaszczony. Kandydat do najlepszego polskiego albumu 2018 roku? Jak najbardziej.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
 Humanitarnie, Bejrut, Wszystko Co Kocham
Najgorsze: – 

Dodaj komentarz