RECENZJA #80: Lana Del Rey – Born To Die (2012)

Jak to z głośnymi nazwiskami bywa, tak jest i w jej przypadku. Lana Del Rey, a właściwie Elizabeth Grant ma spore grono oddanych fanów, jak i zawziętych przeciwników. Choć dziś nie musi się już martwić o swoją pozycję na rynku muzycznym, będąc jedną z najpopularniejszych wokalistek naszego pokolenia, i ona musiała wstrzelić się w niego tak, by taki właśnie status osiągnąć. Debiutancki krążek, Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant jeszcze jej na to nie pozwolił i do teraz niewiele osób o nim słyszy – w końcu ten nagrany już 10 lat temu, a ukazany w 2010 roku album został wydany w małej wytwórni, która nie miała takiej siły przebicia. Co innego ten, którym dziś się zajmę – z  Born To Die udało się Lanie wyłonić kilka przebojów.

Sama podchodziłam do twórczości Lany Del Rey bardzo niepewnie, nie będąc na początku przekonana do stylistyki, jaką otacza się ta wokalistka. Single słyszane przeze mnie w radiu zdawały się nużące i na dłuższą metę mało ciekawe. Dziś nie patrzę tak źle na wiele z nich. Uwielbiam wręcz sadcore’ową balladę Video Games, dziwiąc się, że zdołała odnieść tak wielki sukces komercyjny. Nieźle uzależnia jeszcze lepsze, zachwycające refrenem Blue Jeans, w którym warto pochwalić sam wokal Del Rey – rzadko brzmi on tak dobrze. Przymykam oko na przyjemne, choć nieco przereklamowane Summertime Sadness. Zdecydowanie najbardziej „radio-friendly” spośród singli brzmi podsycone specyficznym bitem Dark Paradise. Najmniej za to spośród tej grupy podoba mi się nagranie tytułowe. Dlaczego? Kompozycja sama w sobie jest dobra – elegancka i wzniosła. Tekst – również w porządku. To, co sprawia, że często omijam ten utwór to sam wokal artystki – sprawiający wrażenie ciężkiego i zmęczonego.

Najciekawsze jednak momenty Born To Die to te, które nie miały na celu promować krążka w rozgłośniach. To album spójny i różnorodny jednocześnie. Znajdziemy tu niezwykłe ballady, sprawiające wrażenie inspirowanych latami 50. – łagodne i eleganckie Million Dollar Man oraz bardziej mroczne, choć również wykonane z klasą Carmen. Warto zwrócić tutaj też uwagę na wpływy trip-hopu w genialnym, nowoczesnym, ale niepozbawionym wyjątkowego dla piosenkarki klimatu Diet Mountain Dew. W takim stylu są utrzymane również zwrotki Off To The Races, w którym jednak mimo wszystko całą uwagę przejmuje refren – Lana Del Rey ukazuje tutaj inną odsłonę swojego wokalu, który tym razem jest wysoki i słodki. Podobnie zresztą posługuje się nim w jednej z moich ulubionych pozycji na wydawnictwie – Radio jest połączeniem balladowych, ale nienużących, typowych dla artystki zwrotek oraz energicznego, wpadającego w ucho refrenu, w którym pojawia się charakterystyczna fraza: „How do you like me now?„. W całym tym zamieszaniu nieco gubi się zamykające album, ale wstawione jakby na odczep This Is What Makes Us Girls, które aż prosi się o bardziej dosadne zakończenie.

Słuchając Born To Die aż nasuwa się na usta: ależ to dobry debiut. Po czym dociera do nas, że – halo, przecież to już druga płyta. Tak czy inaczej, wydawnictwo Lany Del Rey to pozycja dobra i godna uwagi. To album, który przyniósł na rynek muzyki popularnej wokalistkę wyjątkową, inną niż wszystkie, a przede wszystkim – zdającą się robić swoje, bez względu na to, czy przyjmie się to, czy też nie. I choć ciekawsze rzeczy dzieją się „później”, a Born To Die rzeczywiście nie jest tym debiutanckim albumem, myślę, że mimo wszystko można go z pewnością okrzyknąć wspaniałym startem.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Radio, Diet Mountain Dew, Million Dollar Man
Najgorsze: Born To Die

2 Komentarze

  • Pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Video Games” w radiu. Byłem oczarowany, zahipnotyzowany i niesamowicie zaintrygowany wokalem artystki. Długo nie mogłem znaleźć „twórcy” tego zamieszania, aż w końcu natrafiłem na płytę „Born to Die”. To był naprawdę dobry „debiut”, tak jak piszesz – wnosił coś nowego na rynek muzyczny, powiew świeżości. Uwielbiam ten krążek za kilka singli, a jednocześnie myślę, że to w zasadzie szkoda iż Lanie nie udało się nagrać już więcej nagrać hitu na miarę „Video Games”, „Born To Die”, „Blue Jeans” czy chociażby „Summertime Sandess”. Za tych kilka utworów dałbym jej wszystkie nagrody świata, bo niebezpiecznie dobrze odnajduje się w tych numerach.

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

Dodaj komentarz