RELACJA: Europejski Stadion Kultury – Rzeszów, 22.06.2018

O ile rok temu na Europejski Stadion Kultury, odbywający się w ramach rzeszowskiego festiwalu Wschód Kultury udałam się ze zwykłej ciekawości, dlatego, że po prostu była okazja, tak tym razem odliczałam dni do ostatniego dnia roku szkolnego, kiedy to właśnie koncert ten miał się odbyć. Ciężko było nie być w szoku po zobaczeniu line-upu tegorocznego wydarzenia. Poza wspaniałymi wykonawcami, którzy wystąpić mieli w ramach kolektywów, zupełnie zaskoczyło ogłoszenie Finka jako gwiazdy wieczoru. Czy warto było czekać? Oczywiście.

Jaka jest idea głównego koncertu Europejskiego Stadionu Kultury? Kilka polskich wykonawców tworzy duet z wybranymi artystami zza granicy, by wspólnie zagrać parę utworów – w ten właśnie sposób poznać możemy nowe, wyjątkowe aranżacje najpopularniejszych ich kompozycji. Dodatkowo całość otwierają oraz zamykają pełne koncerty. W momencie, kiedy ogłoszono, kogo będziemy mogli usłyszeć tym razem, długo nie mogłam wyjść z podziwu. Czekałam szczególnie na to, by ujrzeć Lao Che, których rzeszowski koncert mnie ominął, popularny happysad oraz ciekawiło mnie, jak poradzi sobie głośny Ørganek u boku łagodnego Finka.

W 2017 roku otwarcie imprezy przypadło Bovskiej. Tym razem jednak zadanie to miała wykonać Daria Zawiałow, która rok temu wydała swój debiutancki album A kysz!, przyjęty ciepło zarówno przez słuchaczy jak i krytyków. Czy sprawdziła się dobrze? Osobiście spoglądam z sympatią na krążek tej artystki, zrobiła też na mnie wrażenie podczas występu w Radiu Rzeszów, jednak mimo wszystko, podczas piątkowego koncertu czegoś zabrakło – liczyłam chyba na więcej mocy, ciekawsze aranżacje. Tymczasem niekiedy miałam wręcz wrażenie, że wykonywane utwory są okrojone i dopieszczone. Może „zasługa” w tym również nagłośnienia, ale mimo wszystko nie obraziłabym się za więcej szaleństwa (również ze strony publiczności, która chyba jeszcze wtedy nie potrafiła się na dobre rozkręcić).

Najciekawsze, co widzowie mogli otrzymać to kolektywy – w końcu to one czynią ten festiwal tak wyjątkowym. Początkowo scenę przejął na parę minut Davit Chakhalyan, uczestnik armeńskiego X Factora, który oczarował słuchaczy (w tym i mnie) wyjątkowym wykonaniem kultowego Dziwny jest ten świat. Odbierana zaś przeze mnie wcześniej z przymrużeniem oka Golec uOrkiestra okazała się naprawdę skutecznie rozgrzać publiczność, wciąż zachęcając do podnoszenia rąk w górę. O odśpiewanie utworów, takich jak Ściernisco czy Crazy Is My Life nie trzeba było zresztą długo prosić. Co więcej, muzycy niezmiernie dobrze dogadali się oni z mołdawską kapelą Zdob si Zdub. Efektem tego była niezwykle ciekawa mieszanka tradycyjnego folku z głośną, gitarową muzyką, inspirowaną punkiem. Nie zabrakło także rapu. Całość zrobiła na mnie szokujące wrażenie.

Mojej uwadze nie mógł umknąć wspólny występ polskiej, uwielbianej przeze mnie grupy Lao Che i Trio Madili z Gruzji. Spośród repertuaru tego pierwszego zespołu nie mogło oczywiście zabraknąć Wojenki, będącej wizytówką formacji, choć duże wrażenie zrobiło na mnie wykonanie ostatniego singla Nie raj, promującego krążek Wiedza o społeczeństwie, które wspaniale dopełniły wokale piosenkarek gruzińskiego trio, nadając mu niezwykłej wniosłości. Okazało się to być więc interesującym połączeniem pop-rocka z elementami folkowymi. Nie ukrywam też, że nie mogłam doczekać się tego, co wymyślą wspólnie Brunettes Shoot Blondes razem ze znaną w Polsce dobrze formacją happysad. Właściwie przyznam, iż to właśnie podczas ich występu bawiłam się najlepiej, a przy okazji zrobił na mnie największe wrażenie (choć po cichu liczyłam na to, by usłyszeć ostatni singiel, Hips). Ukraińska grupa okazała się brzmieć na żywo sto razy lepiej, niż w nagraniach, nadając swoim utworom prawdziwie indie-rockowej energii. Nie zabrakło przeboju, dzięki któremu grupa zyskała popularność – Knock Knock, choć większe wrażenie zrobiło na mnie wykonanie utworu polskiego zespołu, Nadzy na mróz, którego znaczną część odśpiewał Andrew Kovaliov.

Ostatni kolektyw to również jeden z tych, na które czekałam najbardziej – Fink i Ørganek. Na brytyjskiego artystę musieliśmy jednak trochę poczekać, gdyż to polska grupa na początku zagrała parę swoich utworów. Nie obyło się bez Missisipi w ogniu, podczas którego miłośnicy szaleli. Sam zespół zdołał przekonać mnie do siebie o wiele bardziej niż studyjnie, dodając swoim utworom jeszcze więcej mocy. O dziwo zaś, sam kolektyw chyba nie spełnił moich oczekiwań – mimo, że wykonanie było w porządku, i technicznie nie sposób się do czegoś przyczepić, zabrakło mu moim zdaniem trochę lepszego pomysłu. Na szczęście Fink wynagrodził to swoim solowym występem – będącym tym momentem całego wydarzenia, który jest najbardziej intymny. Spośród publiczności zostali ci najwytrwalsi – nie umknęło to uwadze samego muzyka, który parę razy podziękował za przybycie. To już nie były chwile skoków, czy głośnego śpiewu. Artysta zdołał mnie zaczarować na tyle, że mimo, iż nie wszystkie jego kompozycje na tyle zapadły mi w pamięć, by rozpoznawać każdą z nich po tytule, to podczas samego koncertu stałam, nie mogąc oderwać wzroku. Przyznam jednak, że najbardziej poruszało mnie Looking Too Closely – a tysiąc razy bardziej wzruszyło mnie na żywo.

Rok temu Europejski Stadion Kultury… po prostu mi się podobał. Fakt, że nie miałam okazji być tam od początku do końca, ale wspomnienia pozostały pozytywne. Za to podczas ostatniej edycji bawiłam się świetnie. Sama impreza okazała się zaś znowu być dowodem na to, że muzyka nie zna granic. Muzyka nie ogranicza. Muzyka ma jeden język – a posługiwać się nim, jak widać, wcale nie jest trudno.

1 Komentarz

  • Miałam się wybrać, ale ode mnie do Rzeszowa wyszłaby bardzo długa podróż. Uwielbiam Finka, ale widziałam go już 2 razy więc odpuściłam. Z ciężkim sercem, ale odpuściłam 🙁

    Nowy wpis na https://the-rockferry.pl/

Dodaj komentarz