RECENZJA #85: Lily Allen – It’s Not Me, It’s You (2009)

Jeszcze nie nagrody, ale dziś już zbiera komplementy dotyczące najnowszego wydawnictwa, No Shame. Temu również poświęcę chwilę uwagi, choć dziś, zechcę przybliżyć Wam (i sobie również) początki muzycznej działalności Lily Allen. Wprawdzie It’s Not Me, It’s You to nie debiut, a drugi album piosenkarki, ale lada moment, ani się nie obejrzymy, a minie 10 lat od ujrzenia przez niego światła dziennego. A to stąd pochodzi najbardziej ikoniczny przebój wokalistki, to ten krążek był wychwalany przez krytyków, to on miał być dla Lily sprawdzianem. O tym, czy jednak po latach brzmi równie dobrze, przekonacie się sami. A może wcale tak wspaniały nigdy nie był?

O ile na pierwszym wydanictwie Allen, Alright, Still panował niejako chaos i niezdecydowanie, spowodowane najwyraźniej chęcią sięgania po inspiracje z różnych gatunków, tak It’s Not Me, It’s You zyskuje przy poprzedniku swoją spójnością. Osadzony w electropopie album nie pozwala jednak zapomnieć o tym, co dla piosenkarki najbardziej charakterystyczne.

Nie zaczyna się dobrze. Właściwie po usłyszeniu pierwszych, wirujących i przyprawiających o zawrót głowy dźwięków Everyone’s At It miałam ochotę tę płytę wyłączyć. Potem nie jest tak źle. Chociaż rozpoczynające się akustycznymi dźwiękami The Fear pozostawia niedosyt i jeszcze powiewa poprzednią kompozycją, to na tej płycie znajdzie się parę wyrazistych punktów. Z pewnością tym najmocniejszym jest ironiczne Fuck You, pod którego słodką warstwą muzyczną kryje się tekst będący prztyczkiem w nos w stronę ludzi przepełnionych wszechstronną nienawiścią:

No one wants your opinion. Fuck you, fuck you, fuck you very, very much.

Na drugim miejscu stawiam zanurzone w jazzie rodem z lat 50. He Wasn’t There, które artystka kieruje do swojego ojca. W 22 posługuje się uroczą manierą, tworząc muzykalnie słodką, ale nieprzesadzoną kompozycję. Do tych przyjemniejszych momentów z pewnością zaliczyć można i skromne Who’d Have Known. 

Pomimo tej spójności, na It’s Not Me, It’s You również dosłyszeć można inspiracje różnych części świata. Poza wspomnianym wyżej jazzem, warto zwrócić chwilę uwagi na paryskie Never Gonna Happen, czy przywołujące na myśl western, galopujące Not Fair. Bo, patrząc ogólnie, na tej płycie znajdzie się też kilka utworów, sprawiających wrażenie zapychaczy. Do takich zaliczam chociażby nijakie I Could Say. Chinese byłoby całkiem niezłą balladą, gdyby ubrać ją w inną aranżację. Chętniej sięgam po wypadające naturalniej Him. Zupełnie nie rozumiem za to obecności tutaj Back To The Start, na którego myśl przychodzi mi tylko chaos i bałagan.

Lily Allen to bez wątpienia, jedna z najbardziej świadomych artystek współczesnej sceny muzyki pop. Spoglądam na nią z sympatią, bo doceniam jej znaczny wkład we własną twórczość, a słuchając jej utworów, mam świadomość, że nie są bezmyślne i tworzone na siłę. Z It’s Not Me, It’s You nie jest inaczej, choć czegoś w nim brakuje. To zlepek słodkich melodii i przyjemnego głosu wokalistki. Co więcej, zlepek spójny i z pewnością przemyślany bardziej niż ten poprzedni. Mimo wszystko nie skłaniam się ku opinii, by znalazły się tu ciekawe, godne uwagi brzmienia dla miłośników głębokiej muzyki. Chociaż doceniam próbę, nawet całkiem udaną, stworzenia charakterystycznej dla siebie estetyki, nieco z przykrością stwierdzam, że to jeszcze było za mało.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Fuck You, He Wasn’t There, Never Gonna Happen
Najgorsze: Everyone’s At It, Back To The Start

2 Komentarze

  • Pamiętam tę płytę z takich piosenek jak „The Fear”, czy „Not Fair”, które zresztą bardzo lubię. W mojej ocenie ta cała słodycz była tylko bardzo inteligentną kreacją, ale do pewnego stopnia się z Tobą zgadzam, bo całość, czy też większość piosenek, nie do końca się broni po tych prawie dziesięciu latach. A że to już tyle czasu minęło to w ogóle szok 😉

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

Dodaj komentarz