RECENZJA #89: Selena – Dreaming Of You (1995)

Nie raz mamy do czynienia z artystami, którym nie dane było w pełni rozwinąć kariery z powodu śmierci w młodym wieku. Kurt Cobain, czy niezapomniana Amy Winehouse to tylko wierzchołek góry lodowej wykonawców, którzy odeszli ze świata zdecydowanie za wcześnie. Do tego grona z pewnością zaliczyć można i Selenę, która w dniu swojego zgonu miała zaledwie 23 lata. Wokalistka uznanie zdołała zdobyć przede wszystkim w krajach hiszpańskojęzycznych i pozostawiła po sobie 5 solowych studyjnych albumów, z czego ostatni – będący bohaterem dzisiejszej recenzji, Dreaming Of You – pochodzi z 1995 roku i został wydany już po jej odejściu. Sprawdźmy, czy po dwudziestu trzech latach da się go słuchać.

Muszę przyznać, że choć fanką muzyki latynoskiej nie jestem, Selena nie raz zdołała mnie do siebie przekonać, subtelnie wplatając jej wpływy w swoją twórczość. Nie inaczej jest w przypadku zgrabnej ballady otwierającej wydawnictwo, I Could Fall In Love, w którą artystka wkomponowała inspiracje latino w zgrabny sposób, tworząc dobrą i bardzo kobiecą kompozycję. O wiele bardziej wyrazista jest jednak kolejna propozycja, Captive Heart. Ten utwór, w którym ogromną rolę odgrywają linie gitary basowej, przywodzi nieco na myśl koniec lat 80. Równie przyjemnie słucha się także I’m Gettin Used To You, mimo, że pozostawia mniejsze wrażenie od poprzedników.

Prawdziwy potencjał Seleny za to pokazują następne propozycje. Fajnie wraca się do przypominającego o meksykańskich korzeniach piosenkarki God’s Child (Baila Conmigo), w którym udzielił się sam David Byrne. Warto też zatrzymać się przy eleganckiej tytułowej balladzie w stylu R&B, która z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom klimatu lat 90. Jeszcze ciekawiej i dojrzalej przedstawia się jej następczyni, Missing My Baby. Całkiem miło wypada i zgrabnie łącząca dwa języki, taneczna oraz czerpiąca z funku kompozycja Wherever You Are (Donde Quiera Que Estes) z udziałem Barrio Boyzz.

Niestety, na Dreaming Of You wiele także momentów, które brzmią… jak po prostu z zamierzchłych czasów. I nie byłoby to w żadnym wypadku wadą, gdyby nie to, że to stare brzmienie nie czyni tych piosenek urokliwymi. Może jedynie wywołują uśmiech politowania. Tak jest w przypadku chociażby Amor Prohibido. Kiczowato wypada proste Como La Flor. Do osobistych faworytów nie zaliczę również inspirowanego muzyką reggae Bidi Bidi Bom Bom. Ciężko mi się również przekonać do remixu utworu Techno Cumbia, w którym znaczącym minusem są wstawki z męskim głosem a także wokal samej Seleny. Z tej drugiej połowy płyty zdecydowanie przyjaźniej spoglądam na przypominające przełom lat 50. i 60. El Toro Relajo oraz podobne, lecz odrobinę lepsze Tu, Solo Tu.

Choć ostatni krążek Seleny na dobrą sprawę nie przedstawia się dramatycznie źle, z trudem próbuje obronić się po latach. Mimo, że znajdziemy tu utwory pewnie ukazujące potencjał piosenkarki (I Could Fall In Love, Captive Heart, Dreaming Of You, Missing My Baby), wiele na nim także momentów, które z dzisiejszego punktu widzenia brzmią po prostu dość komicznie (Amor Prohibido, Como La Flor, Bidi Bidi Bom Bom). To ten typ albumu, z którego dobrze wybrać i zapętlić kilka porządnych kompozycji, gdyż zwyczajnie dużo tu punktów, sprawiających wrażenie zapychaczy. Jedno wciąż jednak pozostaje pewne – gdyby ta utalentowana artystka dożyła dzisiejszych czasów, miałaby szansę na bycie jedną z najmocniejszych pozycji w obecnej muzyce komercyjnej.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Captive Heart, God’s Child (Baila Conmigo), Missing My Baby
Najgorsze: Amor Prohibido, Como La Flor, Bidi Bidi Bom Bom

1 Komentarz

  • Nawet spodobało mi się Missing My Baby. Bardzo ładne. Ale nie chce mi się słuchać całego longplaya. To nie dla mnie xd. Może kiedyś.

Dodaj komentarz