RECENZJA #90: James Blunt – Some Kind Of Trouble (2010)

Ciężko nazwać go artystą jednego przeboju, ale już kilku – owszem. James Blunt poza najpopularniejszym w swoim dorobku You’re Beautiful, zdołał wydać pod swoim nazwiskiem jeszcze parę solidnych hitów. Tylko jest z nim jeden problem – stopniowo zmierzał on w coraz mniej ciekawszą stronę. Some Kind Of Trouble to środkowy punkt w jego pięciopłytowej dyskografii. Pytanie czy warto poświęcić te ponad 40 minut, czy jednak nie spotka nas tam nic zaskakującego.

James Blunt sprawia niekiedy wrażenie, jakby na siłę starał się stworzyć coś pozytywnego, przyjemnego – wychodzi mu to często wręcz nienaturalnie, co sprawia, że wiele kompozycji brzmi, jakby były nagrane na siłę. Do tych pozytywnych akcentów Some Kind Of Trouble należy choćby pierwszy singiel promujący do wydawnictwo – Stay The Night. Ta pop-folkowa produkcja przedstawia się jednak na szczęście przyjemnie, a i rozgłośnie radiowe z chęcią zrobiły z niej kolejny przebój wokalisty. Podobnie zresztą słucha się I’ll Be Your Man, wypadającego prosto, ale całkiem sympatycznie.

Niestety dużo na trzecim albumie muzyka propozycji zupełnie nijakich. Tak jest z popowym, mało wyrazistym Dangerous, czy So Far Gone, w którym artysta zaczyna eksperymentować z pop-rockiem, co nie do końca wychodzi mu na dobre, choćby za sprawą przygłaszczonego, nudnego refrenu. Takie też wrażenie odnosi się podczas słuchania prostego Superstar. Blunt częstuje nas też zapychaczem w postaci Heart Of Gold, a także próbuje ratować sytuację poprzez ballady. Pierwszą z nich – Best Laid Plans – zdaje się podjąć próbę przypomnienia, z kim mamy do czenienia, za to za sprawą No Tears pozostawia nieco lepsze wrażenie, a to dlatego, że jest ona bardziej wzniosła. Muzyk wspomina klimat ze swoich poprzednich albumów w Calling Out Your Name, co nie wychodzi mu perfekcyjnie, ale też nie najgorzej – a na pewno lepiej, niż przez całą pierwszą połowę płyty. Za to na coś bardziej wyrazistego musimy czekać aż do These Are The Words. 

Najlepiej w rzeczywistości wypada sama końcówka płyty – aż szkoda, że wyrzucono je tak daleko, bo płytę ma się ochotę wyłączyć szybciej, a szkoda, by ten smaczek nas ominął. If Time Is All I Have to zdecydowanie najciekawszy moment Some Kind Of Trouble. Ballada, która w przeciwieństwie do pozostałych nie wypada tak kiczowato, porusza swoją dojrzałością i elegancją. Zaś zwieńczenie krążka w postaci Turn Me On pozostawia po sobie wrażenie najbardziej eksperymentalnej kompozycji. Linie gitary basowej nadają jej wyrazu i czynią o wiele ciekawszą.

Nigdy nie należałam do wielbicielek Jamesa Blunta, choć kilka momentów w jego twórczości wspominam całkiem miło. Niektóre kompozycje mogę słyszeć w tle i wcale mi one nie przeszkadzają. Nie zmieniam też stacji radiowej, gdy rozbrzmiewają pierwsze nuty jego singli. Ale przygody z Some Kind Of Trouble nie mogę zaliczyć do udanych. Bo z tą płytą rzeczywiście mam „pewien rodzaj problemu” – sprawia ona wrażenie zrobionej na siłę (by wykorzystać swoje „5 minut”?). Niestety, nie jest to w żadnym wypadku pozycja, do której chciałoby się wracać, pełna przeciętniaków i zapychaczy.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: If Time Is All I Have, Turn Me On, Stay The Night
Najgorsze: Dangerous, So Far Gone, Superstar

1 Komentarz

Dodaj komentarz