RECENZJA #91: Miles Kane – Coup De Grace (2018)

W muzycznym świecie siedzi już od lat. I choć jego początków szukać możemy w zespołach, które dziś są już nie aktywne (The Little FlamesThe Rascals), on sam jest już kojarzony wśród melomanów bardzo dobrze. Muzyk znany z The Last Shadow Puppets, supergrupy, w której działa u boku Alexa TurneraJamesa Forda oraz Zacha Dawesa niedawno powrócił z nowym solowym krążkiem, na który wielbiciele musieli czekać 5 lat. Choć nie można powiedzieć, że Miles Kane przez ten okres czasu siedział bezczynnie, to i tak miał sporo na przygotowanie porządnej, dopracowanej płyty. Czy Coup De Grace spełni oczekiwania i zdoła się wkraść na wysoką pozycję rankingu tegorocznych wydawnictw?

Miles Kane nigdy nie miał w zwyczaju wydawać płyt przesadnie długich. W 2011 roku zadebiutował bardzo miło przeze mnie wspominanym Colour Of The Trap, który po latach wciąż brzmi świeżo. Nieźle zaprezentował się również dwa lata później na Don’t Forget Who You Are – obie płyty wymagają od słuchacza nieco ponad pół godziny czasu na to, by ich wysłuchać. Nie inaczej jest z tegorocznym dziełem muzyka. Coup De Grace słucha się szybko, znajdziemy tu same konkrety, bez niepotrzebnego przedłużania.

Otwierające krążek Too Little Too Late to rozpoczęcie z przytupem. I chociaż ta kompozycja porywa swoją energią, samo jej brzmienie nie zdołało wywołać u mnie zaskoczenia, przypominając jedynie o poprzednich dokonaniach Kane’a. Podobne odczucia pozostawia po sobie również pojawiające się później szybkie, indie rockowe, choć mało oryginalne i niezostające w pamięci na dłużej Cold Light Of The Day oraz ginące w gąszczu innych Something To Rely On. Ale koniec narzekania. Na Coup De Grace mnóstwo dobrych wibracji.

Artysta swój album zapowiedział za sprawą ballady Loaded, w której wsparła go sama Lana Del Rey. Elegancką warstwę muzyczną muzyk połączył z inspirowanym nawet momentami rapem, wokalem w zwrotkach. Samo zaś jej brzmienie przypomina mi o The Last Shadow Puppets, a trochę również o ostatnich dokonaniach Alexa Turnera z Arctic Monkeys u boku. „Słyszę” go zresztą na ostatnim wydawnictwie Kane’a nie raz. Tegoroczne dokonania zespołu przychodzą mi na myśl również przy okazji Killing The Joke, które w łagodniejszej wersji mogłoby się nawet znaleźć na Tranquility Base Hotel + Casino.

Choć na Coup De Grace znalazło się kilka nagrań, którym towarzyszą mieszane odczucia – jak inspirowane cięższymi brzmieniami Cry On My Guitar – wiele tu także pozycji, obok których ciężko przejść obojętnie. Do takich z pewnością zaliczam nagranie tytułowe. Miles Kane zgrabnie łączy w nim funkowe brzmienia z tanecznym indie rockiem. Świetnie wypada różnież łamiące schematy Silverscreen, intrygujące niebanalnymi gitarowymi riffami, wypadającymi ciekawie w połączeniu z nachalną perkusją. Brzmieniowo wyróżnia się i zamykające krążek Shavambacu, które przypomina mi nieco o latach 60., za to miano mojego faworyta zyskuje Wrong Side Of Life. To utwór, w którym artysta zarówno bawi się swoim wokalem, jak i nie obawia się eksperymentowania z samą muzyką (łamane zwrotki, przeplatane płynnym refrenem, a wszystko otwarte rozpoczęciem w stylu retro).

8

Miles Kane na nowej płycie raczej mało szokuje, choć robi też wszystko, by nie powielić schematu z poprzednich albumów – czasami bardziej, czasami mniej na siłę. Coup De Grace to płyta różnorodna, choć by docenić poszczególne utwory na niej zawarte, należy dać jej odpowiednio dużo czasu. Nie wróżę jej wysokiego miejsca w rankingach 2018 roku, choć też nie potrafiłabym powiedzieć, że to zła pozycja. Miles Kane oddał nam w ręce po prostu przyjemny album – tylko tyle i aż tyle.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Coup De Grace, Wrong Side Of Life, Shavambacu
Najgorsze: Cold Light Of The Day, Something To Rely On

Dodaj komentarz