RECENZJA #93: Ariana Grande – Sweetener (2018)

Od dawna znanym jest przyklejanie łatek do artystów. Niektórzy już na zawsze zostają kojarzeni z danym, jednorazowym wybrykiem, inni z disneyowskim serialem, jeszcze inni z charakterystycznym zachowaniem. Arianę Grande kojarzono z piskliwym głosem i dziewczęcym urokiem. Potwierdzałby to jej debiut Yours Truly, nieco utwierdziła w tym przekonaniu era My Everythingzaś sama wokalistka w 2016 roku ukazała światu Dangerous Woman, sprawiając wrażenie, jakby chciała taki wizerunek od siebie odepchnąć. Tym razem jednak wydaje się, że to nie na image’u jej zależy, bo zapoznając się ze Sweetener nie opuszcza wrażenie, że tym razem ma ochotę być po prostu dojrzałą artystką. Ale czy rzeczywiście jej to wychodzi?

Kiedy wokalistka zapowiedziała, że czwarty krążek ma być tym najbardziej osobistym i odmiennym od wszystkich dotychczasowych w jej dyskografii, podeszłam do tej informacji z dystansem. Kiedy usłyszałam kompozycje, które ukazały się przed premierą albumu, stwierdziłam: „Okej, jest nieźle”, ale najbardziej obawiałam się niespójności i zupełnego niezdecydowania w jaką stronę piosenkarka chce zmierzać. Na pierwszy ogień poszło bowiem radiowe, ale niebanalne no tears left to cry, które wciąż zresztą darzę sympatią, choć już wiem, że na Sweetener znajdzie się wiele ciekawszych kompozycji. Zaintrygowało mnie oryginalne, choć oszczędne w aranżacji the light is coming, które wsparła rapem Nicki Minaj. Zawiodłam się God is a woman, będącym przyjemnym, ale mało oryginalnym, utrzymanym w stylu pop-R&B nagraniem. Postanowiłam podejść do wydawnictwa bez większych oczekiwań. Chyba było warto, bo zaskoczyło niezmiernie.

Znane już wcześniej, będące coverem An Angel Cried grupy The Four Seasons, intro raindrops (an angel cried) to wokalny majstersztyk i wspaniałe otwarcie albumu, ukazujące możliwości wokalne Ariany w sposób z pełną klasą. Dość szokuje pojawienie się zaraz po nim przypominające wspomniany wcześniej duet z Minaj, blazed, w którym udzielił się sam Pharell Williams. Ten zresztą przyłożył ręki do wielu nagrań na tej płycie. I to spod tej właśnie ręki wyszły najlepsze kompozycje na Sweetener. Nie mogę się nasłuchać subtelnego R.E.M., którym Ariana spełnia moją prośbę dotyczącą powrotu do brzmień R&B. Podczas spotkania z tą płytą dziękuję jej za to jeszcze kilka razy. Wspaniale zaskakuje wspominające lata 90. nagranie tytułowe, w którym niezmiernie podoba mi się skromne przejście z zwrotki w charakterystyczny refren. Jeszcze większym szokiem jest flirtujące z funkiem successful. Nie zawodzi chaotyczny (w pozytywnym znaczeniu) duet z Missy Elliott zatytułowany borderline. Ciarki przechodzą mnie podczas słuchania intymnego, cichego i sprawiającego wrażenie szczerego better off (bajeczna końcówka ze smyczkami). Za to oklaski zostawiam na get well soon,  oparty na pianinie utwór niezwykle dojrzały muzycznie, wokalnie, jak i lirycznie:

My life is so controlled by the what if’s (Girl, what’s wrong with you? Come back down). Is there anybody else whose mind does this?

Pozycje nietknięte przez Pharella stoją na poziomie, choć nie powiedziałabym, że są równe tym wyżej wymienionym. everytime mijam dość obojętnie, wspominając przy nim o God is a woman. W goodnight n go pokładałam wielkie nadzieje (fajna wokalna końcówka), lecz całość została zepsuta przez dźwięki po refrenie, które dodają mu wydźwięku, z jakiego słynie muzyka EDM. Dziwi mnie wciąż obecność króciutkiego pete davidson, które traktuje jako wciśnięte w ten krążek trochę na siłę. Najbardziej z pozostałych podoba mi się wspominający poprzedni album banger breathin, który urozmaicają fragmenty acapella.

W Arianie Grande widziałam potencjał od zawsze – niestety bardzo często ograniczał się on do tego dotyczącego samego wokalu, pozostawiając mały zawód, że piosenkarka niewiele samodzielnie komponuje, a zajmuje się przede wszystkim wykonem. W dodatku niemal zawsze czułam po jej płytach drobny niedosyt, pozostawiający wrażenie, że mimo wszystko stać ją na więcej. Sweetener to prawdziwy szok. Artystka odrzuca synth-pop, single-koszmarki i miałkie produkcje na rzecz postawienia nacisku na rzeczywiste brzmienie utworu, bierze sprawy w swoje ręce, a kierunek, który obiera to wyraźnie dominujące R&B. I nie słychać w tym ani krzty, by zrobione to było na siłę. To właśnie tutaj Grande wypada najlepiej.  To tutaj pokazuje, że stać ją na więcej, niż przeciętne teksty. To tutaj ogranicze wokalne popisy, by udowodnić, że jej muzyka nie musi być bezmyślna. To właśnie Sweetener jest  najlepszą pozycją w dyskografii piosenkarki. I, chociaż nie jest to płyta idealna, to i tak biję Arianie brawo, bo nareszcie udowodniła, że warto było dawać jej szanse.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: get well soon, better off, successful
Najgorsze: everytime, goodnight n go

4 Komentarze

  • Chyba żaden album Ariany mnie aż tak nie rozdwoił na części pierwsze tzn. raz mi się podoba, a raz nie, podoba i nie i tak dalej. Ciężko mi w sumie wyrazić opinie o nim. Chętnie wracam do light is coming, breathin, REM (jedna z moich top 100 – 2018 prawdopodobnie). Przez myśl mi przeszło że trochę się Ariana pospieszyla ze Sweetener. Z drugiej strony to cudownie że ma pomysły i daje coraz to więcej muzyki (podobno szykuje materiał na 5;tak słyszałem). Grande także ostatnimi czasy nie ma zbyt szczęścia w życiu i dużo przeszła. Sweetener udowadnia że Ariana chciała osłodzić to wszystko nam fanom, choć może powinna bardziej osłodzić swoje życie. Słuchając Sweetener nie da się nie mówić o przełożeniu ostatnich wydarzeń na piosenki i najważniejsze jest to, że jest zmiana. Jaka? Słychać większy smutek w jej głosie, piosenki są lżejsze, spokojniejsze, bardziej relaksujące. I wydaje mi się że to też Ariana chciała nam przekazać.
    W Yours Truly pokazała „dziecięcą ulotność”
    My Everything pokazało, że trzeba jakoś wejść w ten popularny świat muzyki chociaż dwoma komercyjnymi piosenkami (tak jak ubrać w szkole czasem coś bardziej dziwnego lub wyzywającego)
    Dangerous Woman pokazuje, że Ariana dorosła i, że może pozwolić sobie na śpiewanie o niczym, ale czymś co ludzie będą gdybać o co chodzi (Everyday), o życiu erotycznych, że tak łagodnie powiem haha (Side to Side). Daje nam znać, że przekleństwa to będzie już norma w jej piosenkach.
    W Sweetener Ariana tak jakby zrobiła razem trzy swoje poprzednie albumy ale w taki oldschoolowy, nieco niespodziewany a czasem nawet wg mnie zawily sposób, że nie widzimy tam Ariany tylko kogoś kto zamienił stare czarno białe okładki na kolorową, odwróconą, piękna kobietę.

    PS. Ale się napisałem haha pewnie połowa nie ma tam pewnie sensu bo szybko pisałem ale no haha dobranoc

  • Tak bardzo jak lubię Arianę Grandę, tak bardzo chciałem, żeby ten album mi się spodobał. Za dużo tutaj Pharella, generalnie za dużo jest na tym albumie. Za dużo niewykorzystanego potencjału, za duża liczba piosenek, które się po prostu przewija i za dużo słodkości. Osobiście jednak wypieram ten krążek i wracam do dwóch singli 🙂

    Zapraszam do siebie na nowy wpis po urlopie 🙂
    https://songarticles.wordpress.com/

Dodaj komentarz