RECENZJA #94: Lily Allen – No Shame (2018)

Patrząc na daty wydania swoich kolejnych albumów, łatwo jest odnieść wrażenie, że Lily Allen lubi dać za sobą zatęsknić. Debiutanckie Alright, Still oraz cukierkowe It’s Not Me, It’s You dzieli trzy lata. Na Sheezus dane było czekać aż pięć. I tym razem piosenkarka się nie spieszyła. W końcu 4 lata to sporo, by odczuć brak jej obecności na muzycznym rynku lub… po prostu wymazać ją z pamięci. Po takiej przerwie wymaga się w muzyce rzeczy przynajmniej przyzwoitych. My możemy mieć wątpliwości, ale artystka najwyraźniej tkwi w przekonaniu, że nie ma się czego wstydzić, wymownie tytułując swoje czwarte dzieło: No Shame. A czy rzeczywiście tak jest – to się za chwilę okaże.

Wokalistka na wejściu za sprawą Come On Then wspomina muzycznie swoją wcześniejszą twórczość. To przyjemne nagranie, choć ciekawsze pod względem lirycznym, niż tym instrumentalnym. Na tej płycie znajdą się o wiele bardziej interesujące rzeczy. Jej ogromnym plusem jest chociażby nacisk postawiony na różnorodne i ciekawe brzmienie, czego zdecydowanie brakowało mi wcześniej u tej artystki. Często czerpie z hip-hopu zapraszając i na swój czwarty krążek gości: mamy tu więc osadzone w modnych, trapowych brzmieniach Tigger Bang, do którego trzy grosze dorzucił Giggs, bujające i przykuwające uwagę wokalem Your Choice z udziałem Burna Boy. W nieco innej stylistyce usłyszymy za to trzeci z duetów – Waste nagrane wspólnie z Lady Chann inspirowane jest reggae i orientalnymi brzmieniami.

Zdecydowanie bardziej od pierwszej połowy płyty, w której znajdują się omijane przeze mnie z obojętnością, oparte na bicie o popularnym brzmieniu What You Waiting For? oraz monotonne i mało ciekawe Lost My Mind, podoba mi się jej dalsza część. To tam napotkamy przygotowany przez artystkę komplet ballad. Pierwsza z nich, Higher, to połączenie subtelnego bitu z cichymi dźwiękami gitar. Dobrze słucha się i dojrzałego, cieszącego uszy żywymi instrumentami Family Man, skromnego instrumentalnie Apples, czy opartego na pianinie i urzekającego prostotą Three. Najciekawiej z tej grupy przedstawia się jednak Everything to Feel Something, które rozpoczyna chóralny wstęp, zaś potem wspaniale łączy dźwięki pianina i rozsądnie użytej elektroniki, przykuwając jednocześnie uwagę poruszającym tekstem:

I’m just another thing to do. I don’t know why I do it to myself, giving all my worth to someone else. I don’t know why I do it to myself, I’ll do it, yeah, and I’ll do it ‚til, I’ve tried everything, everything, everything, everything to feel something but nothing.

Z pewnością warta uwagi jest i sama końcówka albumu, na którą składa się m.in. intrygujące My One, gdzie zastosowano ciekawą obróbkę wokalu piosenkarki, a sam podkład przedstawia się naprawdę niebanalnie. Pushing Up Daises odznacza się za to najbardziej melodyjnym refrenem, występującym pomiędzy czerpiącymi z R&B zwrotkami. Całość, na którą składa się i słodki śpiew Lily, pozostawia odczucie uroczego nagrania. Wpływy wspomnianego wyżej gatunku usłyszymy także w zamknięciu wydawnictwa, będącym jednocześnie jednym z jego najlepszych i najbardziej wyrazistych momentów, Cake. 

Choć Lily zawsze obracała się w popowej otoczce, trzymała dystans między nią a wszystkimi wielkimi gwiazdami znanymi z tego gatunku – może dlatego i ja spoglądam na nią z sympatią, wiedząc, że po prostu robi swoje. Z samą muzyką bywało lepiej i gorzej. Ale No Shame to w końcu dowód, że rzeczywiście popularność nie idzie w parze z jakością – bo najnowsze wydawnictwo Allen pokazuje, że gdyby tak było, to właśnie jej utwory grane byłyby w radiach i zdobywały mnożące się nominacje do nagród, to ona byłaby zapraszana na największe gale. Tylko, że to wszystko w istocie nie ma takiego znaczenia – bo zdecydowanie bardziej zależy mi na tym, by dostać od niej po prostu dobry album. Ten takim właśnie jest. I choć to nie płyta, która towarzyszyłaby mi na co dzień, do której powracałabym w kółko, to jest to najsolidniejsza pozycja w dyskografii Lily Allen. Jest świadoma muzyka. Wstydu – nie ma.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
Everything to Feel Something, Higher, Cake
Najgorsze: What You Waiting For?, Lost My Mind

3 Komentarze

  • Świetne podsumowanie recenzji. Mam w planach kupić tę płytę.
    Moje ulubione utwory to – Higher, Everything to feel something, Trigger Bang, Three, Cake oraz Family Men. Ale lubie każdy utwór ale właśnie do takich jak Lost your mind czy też WYWF nie wracam prawie wgl.

    * Three i Higher bardzo mnie wzruszyły, totalnie.

  • Jakoś nigdy nie przepadałem za Lily Allen. Znam kilka utworów, ale to w zasadzie chyba tyle, co gdzieś kiedyś usłyszałem w radiu. Chyba po prostu nie podchodzi mi jej wokal, choć na “Three” wokalistka brzmi całkiem nieźle.

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

Dodaj komentarz