RECENZJA #95: P!nk – I’m Not Dead (2006)

Z pewnością na rynku muzycznym spotkaliście się z twórczością wykonawców, których wychwalalibyście pod niebiosa, cokolwiek by nie zrobili. Zapewne też znalazłby się ktoś, kogo zupełnie nie potraficie strawić. I ktoś, kto ni ziębi, ni grzeje. Przechodzicie obok tej muzyki tak obojętnie, że bardziej obojętnie się nie da. Nie wywołuje ona ani zachwytu, ani specjalnej niechęci, po prostu – jest. W moim przypadku taką osobowością jest właśnie P!nk, której fenomenu od lat nie potrafię zrozumieć, a pomimo niejednokrotnych prób zakolegowania się z jej dyskografią, dochodzę do wniosku, że nic ponadprzeciętnego tam na mnie nie czeka. Mimo wszystko postanowiłam dać jeszcze jedną szansę pochodzącemu z 2006 roku I’m Not Dead. Tylko nie do końca wiem, czy było warto.

Gdybym miała wybrać punkt kariery P!nk, który najbardziej wpasował się w moje gusta, postawiłabym na debiut. Wydane w 2000 roku Can’t Take Me Home śmiało flirtowało z R&B. I’m Not Dead jest za to czwartym albumem piosenkarki, na którym z takimi klimatami się nie spotkam. Czeka mnie za to porcja czystego pop-rocka,  bardzo charakterystycznego dla lat ’00.

Pierwsze dźwięki wydawnictwa nie zapowiadają dobrego materiału. Stupid Girls to zadziorne, ale mało ciekawe nagranie. Zdecydowanie wolę również przeciętne, ale o wiele przyjemniejsze i mniej kiczowate Who Knew, łączące subtelne zwrotki z mocniejszym, gitarowym refrenem. Na podobnym zresztą schemacie opiera się wzniosłe Long Way to Happy, czy podkreślone wyraźną grą perkusji nagranie tytułowe. Nie zaskakują średnio wyprodukowane ‚Cuz I Can, czy brzmiące iście „disneyowsko” Leave Me Alone (I’m Lonely). Za to z grupy tych energicznych kompozycji zdecydowanie cieplej patrzę na przebojowy, dobrze znany singiel U + Ur Hand.

O wiele korzystniej i oryginalniej P!nk wypada w tych balladowych utworach. Poza słabszym punktem, jakim jest Runaway, w którego refrenie ponownie usłyszymy gitary elektryczne, jest kilka nagrań cieszących ucho. Najbardziej cieszą te skromne, akustyczne – miłą niespodzianką jest Dear Mr. President, które wsparł duet Indigo Girls. Jeszcze lepiej słucha się śmiało czerpiącego z folku, naturalnego The One That Got Away. Miejsce znalazło się też dla bardziej eleganckich i klasycznych kompozycji, jak opartego na pianinie i instrumentach smyczkowych, bajecznego Nobody Knows, czy podobnego, ale mroczniejszego Conversations With My 13 Year Old Self. Dość pozytywne odczucia pozostawia po sobie również nienarzucające się I Got Money Now. 

I’m Not Dead to może nie tragiczna płyta. Znajdzie się tu kilka momentów, które nazwałabym śmiało tymi najciekawszymi w karierze Alecii Moore. Ale, niestety, aż roi się tutaj od przeciętniaków. I choć nie wymagam od P!nk patosu, przesadnie ambitnych kompozycji, czy niekomercyjnej muzyki, to zwyczajnie brakuje mi na tym krążku czegokolwiek, co zdołałoby mnie zatrzymać przy nim na dłużej. Tymczasem po raz kolejny dostałam płytę, która jest po prostu średnia. I znowu mogę tylko wzruszyć ramionami, poszukując bardziej wyrazistych utworów w dorobku Amerykanki.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: 
Dear Mr. President, The One That Got Away, Nobody Knows
Najgorsze: Stupid Girls, Leave Me Alone (I’m Lonely), ‚Cuz I Can

1 Komentarz

  • Lubię P!nk za kilka solidnie zrobionych utworów. Niemniej jednak kojarzy mi się, że jeśli chodzi o albumy to w mniejszym lub większym stopniu to zawsze niewykorzystany potencjał. W zasadzie wysuwam ten sam wniosek. Brakuje tutaj czegoś, co zatrzymałoby na dłużej. Kilka momentów dobrych, kilka średnich, ale całościowo przeciętniak.

    Pozdrawiam!
    https://songarticles.wordpress.com/

Dodaj komentarz