RECENZJA #99: Rufus Wainwright – Release The Stars (2007)

Rufus Wainwright to jeden z artystów, którzy do czynienia z muzyką mieli od dziecka. Na pianinie pogrywał odkąd skończył 6 lat, koncertować zaczął, gdy miał 13. I choć największy rozgłos przyniósł mu cover kultowego już przeboju Hallelujah, to warto jednak wiedzieć, że nie tylko tę jedną pozycję ma w swoim dorobku. Na koncie ma już 9 studyjnych albumów, z czego dziś zajmiemy się tym piątym, który – ciężko uwierzyć – jest na rynku już 11 lat. Czy wciąż da się go słuchać, czy może na przestrzeni czasu stracił na jakości?

Piosenkarz czyni swoją twórczość niezwykle elegancką i wzniosłą, a na Release The Stars decyduje się podążać ścieżką baroque-popową. Wita nas surową propozycją, Do I Disappoint You, której patosu dodają wyraźne wokale i instrumenty dęte. Nieco odetchnąć daje za sprawą następującego potem Going To A Town, będącego skromniejszą, choć wciąż poważną balladą, opartą na pianinie, w której Rufus przypomina mi o tym, co najbardziej lubię w jego wokalu. Gdy słucham tego muzyka mam wrażenie, że nie stara się on przesadnie eksperymentować ze swoim głosem, dając efekt nieco ignoranckiego, lekceważącego śpiewu, który niezmiernie mnie porusza. Klimatycznie podobnie do wspomnianej wyżej kompozycji wypada ciche, trochę bajeczne Nobody’s Off The Hook, gdzie słyszę inspiracje muzyką klasyczną. Miłośnikom tych utworów z pewnością przypadnie do gustu również – wypadające najlepiej z tej grupy – Tulsa, w której łatwo zachwycić się grą instrumentów smyczkowych.

Wainwright na swoim piątym albumie nie ogranicza się z ilością ballad, choć na szczęście nie działa wciąż na tym samym schemacie. Zdecydowanie warto zatrzymać się przy mistycznym Leaving For The Paris No. 2. Do moich ulubieńców zaliczam również długie, ale niezwykle klimatyczne i intymne Not Ready To Love, będące najbardziej subtelnym nagraniem z Release The Stars. Szokuje za to Slideshow, którego pierwsze dźwięki zapowiadają monotonną kompozycję, zaś w rzeczywistości dostajemy głośny popis instrumentów i wokalu. Zresztą na tym wydawnictwie nie musimy się też obawiać o nadmiar smutku. Pozytywny wydźwięk ma chociażby czerpiące nieco z folku Rules and Regulations. O wiele chętniej sięgam jednak po utrzymane w podobnej stylistyce, choć mniej nachalne Sanssouici. Dobre wrażenia zostawia po sobie także samo nagranie tytułowe, gdzie na szczególną uwagę zasługuje druga połowa utworu. Całkiem przyjemnie wspomina się też spotkanie z uroczym Tiergarten. Słabsze punkty? Za zupełną pomyłkę uznaję tutaj Between My Legs, które stylistycznie zupełnie odbiega od całości krążka.

Darzę Rufusa Wainwrighta sympatią, przede wszystkim przez lekkość, z jaką przychodzi mu wykonywanie utworów. Release The Stars to płyta, która sprawia wrażenie poważnej i surowej. I rzeczywiście, nie brakuje tutaj podniosłych momentów pełnych patosu, awangardy stworzonej przez multum różnorodnych instrumentów – te lubię tu najbardziej, bo starają się definiować ten album. Niestety nie opuszcza mnie wrażenie, że kilka utworów znalazło się tu przez przypadek, chwilami też zaczyna się dłużyć. Mimo wszystko stoję przy stwierdzeniu, że Release The Stars to dobra płyta, choć należałoby posiedzieć nad nią dłużej, by móc nazwać ją bardzo dobrą.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze:
Release The Stars, Leaving For Paris No. 2, Not Ready To Love
Najgorsze: Between My Legs

1 Komentarz

Dodaj komentarz