RECENZJA #104, #105: Matt Corby – Telluric (2016) & Claudio Capéo – Claudio Capéo (2016)

Matt Corby – Telluric (2016)

Debiut Matta Corby’ego, który do pierwszego longplaya częstował słuchaczy licznymi epkami, to jeden z najlepszych debiutów, jakie dane mi było poznać. Pełny soulu, bluesa i inspiracji z gatunku R&B krążęk otwiera oszczędna kompozycja Belly Side Up – to  przyjemne rozpoczęcie, choć najlepsze dopiero przed nami. Tuż za nim napotykamy wzbogacone ciekawymi wokalami Monday. Do moich jednak ścisłych faworytów zaliczam utwory czerpiące też nieco z jazzu: genialne, bujające Smooth Lady WineKnife Edge, w którym na pierwszy plan wysuwa się awangardowa gra perkusji w refrenie oraz syntezatory w zwrotkach, nadające mu basowego wydźwięku; wyraziste Oh Oh Oh, będące popisem wokalu artysty, który celuje tutaj w wyższe dźwięki. Muzyk udowadnia jednak, że i w niższej tonacji wychodzi mu nieźle – chociażby we fragmentach We Could Be Friends, czy klimatycznego Wrong Man. Właściwie to z ręką na sercu mogę przyznać, że na tym krążku nie napotkacie szczególnie słabych kompozycji. Dobrze słucha się charakterystycznego dla stylistyki, w jakiej obraca się Corby Do You No Harm, w którym ciekawie użyto syntezatorów, czy naturalnie wypadającego Why Dream. Nie zawodzi oszczędne, zagrane na gitarze Good To Be Alone, nawet jeśli nie zaliczę go do czołówki najlepszych nagrań. Za to pięknie jest ta płyta zakończona – wspaniałe, rozbudowane, dojrzałe Empires Attaction to tylko kwintesencja tego, co w twórczości tego debiutanta najlepsze. Telluric, choć na pierwszy odsłuch monotonne, w rzeczywistości jest bardzo dobrą, spójną płytą, która dowodzi potencjału Matta Corby’ego i zaostrza apetyt na kolejne dokonania. Po które możecie już sięgnąć – drugi krążek artysty ujrzał światło dzienne w ostatni piątek. Czy będzie tak dobry, jak pierwszy? To już inna historia.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Knife Edge, Oh Oh Oh, Smooth Lady Wine
Najgorsze:


Claudio Capéo – Claudio Capéo (2016)

Spoglądam z sympatią na muzykę francuską. Melodyjność samego języka potrafi uczynić kompozycje wyjątkowymi, a typowe melodie przenieść nas myślami w sam środek Paryża. Pozytywnie nastawiona włączyłam więc imienny krążek Claudio Capéo. I doznałam rozczarowania. Niewiele tu charakterystycznego francuskiego klimatu, a więcej prostego popu odśpiewanego w tym języku, do którego gdzieniegdzie dodano akordeonu. Choć złudzić można się samym początkiem Un homme debout (które, choć przeciętne, okazuje się z czasem jedną z lepszych pozycji na krążku), nastawcie się na jeszcze prostsze, nudniejsze melodie. Do takich należy nużące mnie Ca fait tourner le monde. Ale może zacznijmy od tych bardziej udanych momentów – do tych zaliczę dość naturalne Ambulance i dwie skromne, ale dające usłyszeć emocje ballady: Chez Laurette oraz Riche. Niestety na tej płycie też pełno nieuniknionych chwil kiczu. Przede wszystkim mam tu na myśli oparte na fatalnych bitach elektronicznych Dis-le moi czy Je vous embrasse fort. Sytuacji nie ratuje obiecujące, rozpoczynające się gitarą Ca va ca va, ani nawet Fidele a moi-meme, które otwierają dźwięki akordeonu. Nie widzę potencjału w mocno popowym Belle France, ani dłużącym się Sexy Tropical. Milej natomiast spoglądam na oszczędne, szczere Mon pays oraz nienachalne, choć jednocześnie wzniosłe Enfants sauvages. Mimo tych kilku punktów nie sądzę jednak, bym kiedykolwiek zechciała do Claudio Capéo wrócić. To piosenki, które nie wnoszą ani odrobiny świeżości do świata muzyki.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Mon pays, Riche, Chez Laurette
Najgorsze: Dis-le moi, Je vous embrasse fort, Ca va ca va

1 Komentarz

  • Kiedyś słuchałem „Knife Edge”, ale do płyty zapomniałem wrócić. Dzięki za przypomnienie 🙂 Zapoznaję się też z nową płytą Matta, ale nie wiem, czy będzie lepsza od „Telluric”.

Dodaj komentarz