RECENZJA #110: Ariana Grande – Dangerous Woman (2016)

Niedawno wzbudziła wśród słuchaczy mieszane uczucia za sprawą, moim zdaniem bardzo udanego albumu Sweetener, który momentami jest dojrzalszym wspomnieniem debiutanckiego Yours Truly. Na My Everything ukazała więcej przebojowości. Dangerous Woman jest albumem, który sprawia wrażenie, jakby był próbą utworzenia nowego wizerunku piosenkarki – zarówno tego fizycznego, jak i czysto muzycznego. Artystka, która swoją pozycję budowała na bazie muzyki R&B, choć chętnie zerkając w stronę popu, tym razem najodważniej sięga po ten drugi gatunek. Pewnym było to, że dotrze do większej ilości odbiorców, choć czy jakościowo wciąż będzie dobrze – to już kwestia sporna.

Dangerous Woman jest najbardziej popową pozycją spośród długogrających wydawnictw Ariany Grande, choć nie brakuje na nim pierwiastka stylistyki, w której tę wokalistkę lubię najbardziej, czyli wpływów R&B. Wita nas urzekająca ballada Moonlight, przywodząca na myśl kompozycje z pierwszego krążka piosenkarki. To jedna z moich ulubionych pozycji wśród jej utworów. Zwolenników tego gatunku, choć zinterpretowanego w nieco inny sposób zapewne zadowoli obecność porywającego, basowego Be Alright, czy elektronicznego, ale całkiem udanego duetu z Lilem Wayne – Let Me Love You. Do lepszych punktów wydawnictwa zaliczę z pewnością zachwycaące subtelnością Thinking Bout You, czy inspirowanego popem lat 80. Greedy. Nie sposób pominąć także jednego z najbardziej udanych singli wydanych pod nazwiskiem Grande – gitarowego, dojrzałego, tytułowego Dangerous Woman.

Niestety poza tym ta część singlowa nie przedstawia się tak kolorowo. Na drugim miejscu wśród piosenek promujących tę płytę ustawiłabym dość nijaką kolaborację z Nicki Minaj – inspirowane reggae Side To Side. Dalej dostajemy ładnie wyprodukowane, ale nudne Into You, które i tak błyszczy przy irytującym swoim refrenem Everyday, gdzie udzielił się Future. Jedną z przyjemnieszych czysto popowych pozycji jest tu za to Bad Desicions, mimo że nie zaliczyłabym jej do ścisłej czołówki najambitniejszych utworów Ariany. Zaskakuje natomiast obecność bardzo dojrzałego Leave Me Lonely Macy Gray u boku.

Jeszcze niedawno bez wahania odpowiedziałabym, że Dangerous Woman to płyta z dyskografii Ariany Grande, po którą sięgam najchętniej. Owszem, nie jest to pozycja zła, choć z biegiem czasu nie oceniam jej już aż tak wysoko – może wynika to z tego, że w moim odczuciu pełnię swoich możliwości piosenkarka pokazała w najnowszych produkcjach. Jak za to przedstawia się w stosunku do poprzednich dokonań wokalistki? Całościowo  jest o wiele spójniej od swojej poprzedniczki, mniej tu bałaganu, z pewnością ta pozycja jest bardziej przemyślana. Z drugiej strony pojedyncze kompozycje ciekawiej przedstawiają się właśnie na My Everything. Na Dangerous Woman Ariana Grande już tak nie eksperymentuje, nie kombinuje, nie robi na siłę. Z jednej strony skutkuje to prostotą tych utworów, z drugiej – łatwością ich przyswajania. Bo trzeciego albumu piosenkarki słucha się koniec końców całkiem przyjemnie.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Moonlight, Be Alright, Thinking Bout You
Najgorsze: Into You, Everyday

2 Komentarze

  • To jest jednak racja, że z czasem nie sięga się po niektóre płyty tak często jak kiedyś, ale tylko do jednego czy dwóch utworów. Mam tak właśnie z płytami Ariany. Na Dangerous Woman moje ulubione kawałki to Bad Decisions, Leave Me Lonely, Dangerous Woman.
    Na dzień dzisiejszy sięgam w sumie po Leave Me Lonely oraz także z deluxe version – I don’t care, która zauroczyło mnie prostotą, tekstem i takim kulturalnym stylem! (serio nawet jak śpiewa przekleństwa to robi to tak elegancko!)

  • Sam album dla mnie taki sobie. Ma momenty świetne, ale całościowo Panna Grande zawsze wypada dosyć przeciętnie. To chyba jedyny album wokalistki, do którego właściwie nie wracam.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz