RECENZJA #111: Tom Odell – Jubilee Road (2018)

Tom Odell ma łatwość podbijania serc słuchaczy – udało mu się zdobyć i moje zarówno poprzez proste Long Way Down, jak i dojrzałe, zaskakujące Wrong Crowd. Wydawałoby się, że debiutował tak niedawno, a tymczasem Brytyjczyk o wyjątkowej wrażliwości i barwie głosu niedawno zaprezentował światu trzeci krążek, Jubilee Road, który określa najważniejszym w swoim dorobku. To mocne słowa stawiające przed artystą wysokie oczekiwania. 

Long Way Down było debiutem, przedstawiającym Toma jako młodego, wrażliwego muzyka, który indie-popowe piosenki o miłości ma we krwi. Na Wrong Crowd ryzykownie udowodnił, że chce jednak sięgać dalej – po ballady bardziej wzniosłe, po gitary, po rozważną elektronikę i energiczne brzmienia. Czego więc można jeszcze oczekiwać po Jubilee Road?

Ten krążek jest niejako spojrzeniem w stronę początków muzycznej działalności Toma, choć trochę bardziej urozmaiconym, a czy w złym, czy dobrym sensie – okaże się. Wydawnictwo w dużej mierze składa się z oszczędnych, choć urokliwych, a przede wszystkim typowych dla piosenkarza ballad – w stylu debiutu, ale z większym naciskiem na klimat i brzmienie.  Zapowiedź w postaci singla If You Wanna Love Somebody budziła moje wątpliwości. Choć entuzjastycznie podeszłam do niej w dniu premiery, dziś widzę, że nie jest tym, czego oczekuję od potencjału Odella. Przyznaję jednak, że jej albumowa wersja przedstawia się nieco sympatyczniej.

Tom Odell ma w zwyczaju ukazywać sporą część nowego materiału przed premierą samego wydawnictwa. Nie inaczej było tym razem. Dostaliśmy prawdziwie brytyjską balladę tytułową oraz udany, uroczy duet z Alice MertonHalf As Good As You. Najskromniejszą i najbardziej urzekającą kompozycją spośród ukazanych było oparte na pianinie You’re Gonna Break My Heart Tonight, za to najsłabiej postrzegam energiczne Go Tell Her Now.

Choć wciąż targają mną sprzeczne odczucia co do całej płyty, znajduje się na niej parę zaskakujących momentów. Przede wszystkim cieszy mnie obecność inspirowanego latami 60. Son of an Only Child, które urozmaiciły instrumenty dęte. Z dystansem spoglądałam przez jakiś czas na China Dolls, które dziś wydaje mi się dość ciekawym, pozytywnym nagraniem, w którym satysfakcjonuje mnie wokal artysty. Znajdzie się też kilka kompozycji, jakich mogliśmy się spodziewać, gdyż są typowymi, „odellowymi” balladami. Do takich zaliczyć można dość surowe Don’t Belong In Hollywood, skromne Wedding Day, czy urozmaicone dodatkowymi wokalami Queen of Diamonds.

Jubilee Road nie jest albumem, o którym wypowiedziałabym się jednoznacznie. To płyta, od której bije ciepło, skromność, szczerość, naturalność, oraz ma swój własny klimat – miło więc będzie odtworzyć ją w zimowe wieczory. Mimo wszystko z tyłu głowy mam myśl, że to nie to; że to, co stworzył tym razem Tom Odell jest dla niego typowe i przewidywalne, i choć nie jest to krążek zły, to po prostu od tak zdolnych wykonawców wymaga się trochę więcej. Szczególnie, że ostatni album sugerowałby, iż wokalista zmierza w trochę inną stronę. Ostatnio dostaliśmy Toma nieco zbuntowanego, a jednocześnie wciąż romantycznego, który jednak jest zdecydowany i dobrze wie, czego chce. Tym razem powraca ten sam romantyk w grzeczniejszej odsłonie, która nie potrafi mnie w stu procentach do siebie przekonać. Cieszy jednak, że nie brzmi to jak płyta zrobiona na siłę, mimo iż jest zdecydowanie mniej wyrazista niż jej poprzedniczka.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Son of an Only Child, You’re Gonna Break My Heart Tonight, Half As Good As You 
Najgorsze: Go Tell Her Now

1 Komentarz

  • Właśnie mam zamiar zrecenzować album Toma Odella. Polubiłem go za wrażliwość i taką magiczną umiejętność sprawiania, że wieczorowa pora staje się przyjemniejsza. Rzadko, kiedy mam tak, że nie mogę się doczekać przesłuchania jakiegoś krążka, tak jak mam z „Jubilee Road”.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz