RECENZJA #113: A Great Big World – When the Morning Comes (2015)

Podbili serca słuchaczy dojrzałą, skromną i smutną balladą Say Something, a ostatecznie poczęstowali debiutanckim longplayem Is There Anybody Out There?, z którego wylewają się wręcz pozytywne wibracje. Zwykłam bardzo lubić A Great Big World, który zdawał się być sympatycznym duecikiem, który rozjaśnia swoją prostą, ale momentami zabawną muzyką ponurą rzeczywistość. Słuchacze nie musieli czekać długo na kolejną pozycję w ich dyskografii – When the Morning Comes pojawiło się rok po poprzedniku, choć tak krótkie odstępy czasu zawsze wzbudzają moje podejrzenia.

Minimalistyczna okładka sugerowałaby, że czeka nas coś innego niż popowe, choć oryginalne wydawnictwo debiutanckie. Tymczasem A Great Big World nadal grają pop. Pop, który w kontekście ich twórczości przeszedł słyszalną transformację. Stał się popem nijakim. Podczas gdy na Is There Anybody Out There? królowały przerysowane, ale bardzo charakterystyczne kompozycje, jakimi duet wypracował sobie swój własny, unikalny styl, tym razem porzuca go na rzecz w dużej mierze zwyczajnych, nieprzekombinowanych piosenek. Już pierwsze dźwięki All I Want Is Love napawają mnie lękiem przed kolejnymi pozycjami z tego krążka, bo choć to w pewnym sensie nagranie porywające, to jednak bardzo proste.

Może skupmy się jednak na początku na tych pozytywnych aspektach tej płyty, nawet jeśli jest ich jak na lekarstwo. Z pewnością najmocniejszym punktem When the Morning Comes jest walczykowata, wyrazista ballada End of the World. Poza tym poruszającym nagraniem mogę określić bardzo skromne, oparte na akutycznych dźwiękach gitary Where Does the Time Go. Całkiem udało się muzykom również Oasis, które jest nieco bardziej wzniosłą balladą, której najmocnieszą stroną jest patos. Podobnie ma się sprawa z chwytającym za serce One Step Ahead. Przykro to mówić, ale… to by było na tyle.

Większość płyty mijam ziewając. Tak jest w przypadku niewykorzystanego potencjału Come On, nudnego Won’t Stop Running, uroczego, ale wciąż przeciętnego The Future’s Right In Front of Me – choć w nim przynajmniej słychać pierwiastek tego A Great Big World, które lubiłam, czy nijakiego nagrania tytułowego. Nie potrafię jednak wybaczyć muzykom tak słabych nagrań jak kiczowate Kaleidoscope albo czerpiącego z hip-hopu Hold Each Other, które pojawiło się tutaj w wersji z Futuristic jak i bez niego.

Żałuję tego, jak potoczyły się losy A Great Big World. Z musicalowej, wyrazistej twórczości, którą potrafili przemycać zgrabnie, pozostało tyle co nic. When the Morning Comes sprawia wrażenie płyty, która miała być czymś dojrzalszym od debiutu, pokazaniem, że muzycy nie są infaltylni – ale coś poszło nie tak i właściwie nie stworzyli prawie nic, co utrzymałoby ich wyjątkowość. Wolałam ich w tej bardziej infaltylnej, ale urokliwej wersji, niż w popie, któremu ciężko będzie się wyróżnić pośród innych. Gdzie instrumenty dęte? Gdzie przebojowość, którą uzyskiwali będąc jednocześnie sobą? When the Morning Comes jest jednym z moich największych rozczarowań w muzyce popularnej.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: End of the World, Where Does the Time Go, One Step Ahead
Najgorsze: Kaleidoscope, Hold Each Other, Come On

1 Komentarz

  • Chłopaki mają talent, ale muzyka jest dość nużąca, nieciekawa. I tak mieli szczęście, że Xtina zainteresowała się ich Say Something. O takiej reklamie mogliby tylko pomarzyć.

    Nowy wpis na https://the-rockferry.pl/

Dodaj komentarz