RECENZJA #114: Muse – Simulation Theory (2018)

Zapierałam się, że Muse nie jest zespołem, którym przesadnie bym się interesowała. Jakże szybko zmieniłam zdanie dając  tym artystom o jedną szansę więcej. Niezmiernie ucieszyła mnie informacja o nadchodzącym krążku, a jeszcze bardziej o zbliżającym się koncercie w Polsce. Grupa, która od początku lubiła próbować nowych rzeczy i stopniowo starać się doskonalić swoją twórczość postawiła wysokie oczekiwania wobec intrygująco zatytułowanej płyty Simulation Theory. Nie powiedziałabym jednak, że jest tak różowo, jak wskazuje na to iście filmowa okładka. Chociaż w pewnym sensie…

Chłopaki z Muse na najnowszym wydawnictwie kontynuują chęć tworzenia rocka barwnego, urozmaiconego. Choć na początku kariery zmagali się z nieustannymi porównaniami, a raczej zarzutami podobieństwa do Radiohead, z czasem zaczęli wyrabiać sobie swój własny styl, powoli dokładając do swojej twórczości wpływy różnych gatunków, stając się jednym z najbardziej charakterystycznych zespołów nurtu new-prog.

Muse zdobyli moje uznanie odkąd zetknęłam się z pochodzącym z 2012 roku albumu The 2nd Law, gdzie znalazł się przebojowy kawałek Panic Station, który szybko wpasował się w moje gusta. Nie inaczej było z singlem promującym Simulation TheoryPressure to jedno z najbardziej wyrazistych nagrań na tej płycie, łączące taneczną i porywającą melodię z gitarowymi, czysto rockowymi wstawkami. Mimo wszystko na tym wydawnictwie więcej elektroniki niż mroku i ciężkich brzmień. Choć nie zapowiada się tak źle – ósmy krążek Muse otwiera Algorithm, który łączy niskie, elektroniczne dźwięki z m.in. pianinem, będąc kompozycją utrzymaną w stylistyce rocka progresywnego. Do lepszych momentów albumu zaliczam również eksperymentalny utwór Propaganda, którego łagodne zwrotki inspirowane funkiem przerywają mroczniejsze wstawki. Muzycy eksperymentują także przy interesującym Break it to Me.

Dużo tu jednak piosenek, które po prostu zostawiają wątpliwości – albo tego typu, że nie do końca do siebie przekonują, albo takie, że zastanawiamy się co kompozycje jak te w ogóle robią w repertuarze Muse. O ile jeszcze dam się przekonać do wzbogaconego wokalami Dig Down, czy przywodzącego na myśl lata 80. The Dark Side, tak załamuję się słuchając takich piosenek jak popowe, nijakie Something Human. Równie słabo przedstawia się Get Up and Fight, które ochrzciłam już mianem najsłabszego nagrania w dorobku grupy. To okropnie nudna propozycja, której radiowe zwrotki przeplatają się z równie kiczowatym, wzniosłym refrenem. Nie do końca przekonuje mnie także oparte przede wszystkim oparte na syntezatorach, ale nadrabiające cięższym refrenem Blockades. Wśród nagrań osadzonych w elektronice zdecydowanie bardziej preferuję zamykającą podstawową wersję albumu balladę – rozbudowane The Void.

Nie wątpię, że na nową płytę Muse mieli pewną określoną koncepcję. Słuchając jednak tego krążka trzyma się mnie wrażenie, że to garść niewykorzystanego potencjału. Głównym problemem mogła być tu ograniczona liczba pomysłów, a może chęć przesadnego kombinowania na siłę. Kontrastując z poprzednimi dokonaniami tych muzyków, mam wrażenie, że teraz więcej wysiłku wkładają w to, by być jak najbardziej oryginalnym – co nie do końca się sprawdza –  zaś słuchając wcześniejszych wydawnictw zespołu, wydawało mi się, że granie przychodzi im naturalnie, nawet jeśli nie było bardzo wyszukane. Simulation Theory określiłabym płytą tylko w połowie dobrą – włączając ją pozytywnie nastawiona sądziłam, że do końca utrzyma poziom. Jednak z każdym kolejnym utworem atakowały mnie wątpliwości, a przede wszystkim przykre wrażenie, że więcej tu show niż porządnej muzyki.


Ocena: 2/5 stars2/5 stars2/5 stars
Najlepsze: Pressure, Propaganda, Algorithm
Najgorsze: Get Up and Fight, Something Human

2 Komentarze

Dodaj komentarz