50 NAJLEPSZYCH ALBUMÓW 2018 ROKU!


 

50. Bishop Briggs – Church of Scars

Pokładałam w Bishop Briggs nadzieje. Zeszłoroczna epka zatytułowana po prostu Bishop Briggs pozostawiła ogromny apetyt na otrzymanie debiutanckiego longplaya na poziomie. Nie jest to najlepsze, co mogliśmy otrzymać, ale Church of Scars to pozycja bardzo przyzwoita.

49. Miles Kane – Coup De Grace

Chociaż na Coup De Grace nie zaznałam wyraźnego smaku zaskoczenia tym, co tym razem Miles Kane dla nas przygotował, doceniam różnorodność trzeciego krążka wokalisty. To pozycja mało szokująca, ale całkiem przyjemna, a przecież z muzyki właśnie przyjemność powinniśmy czerpać.

48. Nicki Minaj – Queen

Mimo, że Queen nie jest idealną, hip-hopową płytą, to w dyskografii Nicki Minaj odważny krok do przodu. Mniej tu już brzmień, od których bije najtańszą, irytującą komercją, a więcej surowszych piosenek – nawet jeśli momentami mamy wrażenie, że w pewnym momencie raperce skończyły się pomysły, to i tak są one o wiele lepsze od jej poprzednich dokonań.

47. Marta Bijan – Melancholia

Młoda wokalistka, która do debiutu długogrającego odbyła długą drogę, nareszcie w tym roku miała okazję wypuścić w świat pierwszą płytę. Na Melancholii, jak sam tytuł wskazuje, znajdziemy ballady, które Marta Bijan skomponowała podczas wędrówki do longplaya. Album, poprzez ułożenie tych utworów chronologicznie, idealnie pokazuje rozwój artystyczny piosenkarki i jest pozycją, jakiej na polskim rynku jeszcze nie było.

46. Greta Van Fleet – Anthem Of A Peaceful Army

Choć o wiele większym zaskoczeniem był zeszłoroczny krążek tej formacji, a mianowicie From The Fires, który zaskakująco autentycznie przenosił słuchacza w świat rocka rodem z lat 70., to Anthem Of A Peaceful Army jest po prostu jego kontynuacją. To nadal typowe dla tej młodej grupy granie, które zadowoli tych, którzy pokochali ich brzmienie i nie chcą się z nim szybko rozstać.

 45. Thomas Azier – Stray

Znany z surowych, chłodnych brzmien Thomas Azier powrócił. Najpierw z epką, zatytułowaną S t r a y, do której dorzucił jeszcze parę piosenek, by w końcu podzielić się całym albumem, który połączył się w… po prostu Stray. Choć nie ukrywam nuty rozczarowania nowymi kompozycjami, nie czynią one tej płyty słabą. Wciąż znajdziemy tu najlepsze propozycje w karierze wokalisty.

44. SOPHIE – OIL OF EVERY PEARL’S UN-SIDES

Dawno nie spotkałam się z tak nietypową muzyką, jak tą, którą nagrywa SOPHIE. To zaskakujący komplet elektronicznych melodii, które nie cechują się w żadnym wypadku schematem. Choć twórczość tej artystki z pewnością nie jest dla każdego, przypadkowego słuchacza, osobiście doceniam jej oryginalność w świecie elektroniki, odwagę w eksperymentach i niezamykanie się na zwykłe, ułożone melodie.

43. różni wykonawcy – Albo Inaczej 2

Miłośnik dobrej polskiej muzyki, gdy zobaczy samą tracklistę tej płyty, będzie wiedział, że ma do czynienia z porcją dobrej muzyki. Sama lista nazwisk jest tu imponująca, z Krzysztofem Zalewskim i Rosalie. na czele. Grupa młodych polskich twórcow odtworzyła utwory, które być może dla wielu stały się już zakurzone. A warto jednak do nich powrócić.

42. Voivod – The Wake

Coś dla zwolenników zdecydowanie cięższego grania. Voivod, grupa będąca w latach 80. jedną z najbardziej wpływowych w undergroundowej muzyce, powróciła z krążkiem, który do najlżejszych nie należy, ale jeśli się w niego wsłuchać, łatwo odkryć, że te kompozycje wcale nie są bezmyślnym łomotem, a wręcz przeciwnie: efektem chęci eksperymentowania, do których można się przekonać.

41. Tom Odell – Jubilee Road

Tom Odell najwyraźniej stara się być regularnym i nie dać o sobie zapomnieć za szybko. Znów po dwóch latach oddał fanom krążek, może i nie najlepszy w jego karierze, ale najbardziej zdecydowany i sprawiający wrażenie bardzo szczerego, czego powodem jest przede wszystkim powrót do brzmień, z jakich mogliśmy tego wokalistę poznać na samym początku jego muzycznej drogi. Jubilee Road to bardzo brytyjska, indie-popowa płyta.

40. Molly Burch – First Flower

First Flower od Molly Burch to płyta, której idealnie słuchałoby się na przełomie lata i jesieni. Piosenki, które przede wszystkim osadzone są w brzmieniu na pograniczu folku i country, ale bez obaw – ani odrobiny kiczu tu nie znajdziecie. Dodatkowo głęboki i bardzo charakterystyczny wokal tej artystki sprawiają, że ciężko o niej zapomnieć.

39. Donna Missal – This Time

Wyrazisty, mocny, kobiecy głos to jej największa zaleta. Ale i kompozycje zawarte na debiutanckim albumie Donny Missal, nie pozostawiają obojętnym. Z płyty This Time warto posłuchać choćby utworu Keep Lyingby się o tym przekonać.

38. Still Corners – Slow Air

O ile muzyka Still Corners nie jest, w moim odczuciu czymś, po co można sięgać w byle jakim momencie, o tyle jak już zdarzy się odpowiednia chwila na jej odtworzenie, pozostawia po sobie miłe wrażenia. To porcja relaksującej twórczości osadzonej przede wszystkim w dream popie.

37. Janelle Monae – Dirty Computer 

Głębokie, basowe melodie, które czerpią z R&B, a momentami popu i soulu – Janelle Monae na powrót po 5 latach przygotowała zestaw porządnie wyprodukowanych kompozycji, których naprawdę dobrze się słucha.

36. Twenty One Pilots – Trench

Odkąd poznałam ten duet, powtarzałam, że ogromnie szanuję ich twórczość, jednak moje serce pozostaje przede wszystkim przy ich debiucie. Twenty One Pilots postawili słuchaczom wysokie wymagania po tym, jak wypuścili zapowiadający nowy album singiel, JumpsuitTrench jest na szczęście dowodem na to, że artyści chcą się rozwijać i tym razem celują w bardziej surowe, czerpiące wiele z trapu, hip-hopu, ale i rocka melodie.

35. The Dumplings – Raj 

The Dumplings już jakiś czas temu zdołali wyrobić sobie status jednych z najlepszych artystów młodego pokolenia polskiej sceny muzycznej. Na szczęście nie osiedli na laurach i 3 lata po Sea You Later powrócili z równie dobrym, a może i nawet jeszcze lepszym albumem, tym razem w całości polskojęzycznym. Kompozycje z tego krążka określiłabym mianem elektroniki z klasą, gdyż muzycy doskonale wiedzą w jaki sposób zachować umiar, by całość smakowała bardzo dobrze.

34. Fatima – And Yet It’s All Love

Na drugim długogrającym wydawnictwie Fatima proponuje słuchaczom nawiązania do różnej muzyki: lubi iść neo-soulową ścieżkę, chetnie zerkając jednak w stronę R&B, czy łagodnych, przyjemnych ballad.

33. Pablopavo i Ludziki – Marginal 

Marginal jest płytą kontrastową, ale i przez to wyrazistą. To mieszanka wyszukanych tekstów, charakterystycznego wokalu, dobrze wyprodukowanych, głośnych bitów i hip-hopowych inspiracji. Tak, z tego mogło wyjść coś dobrego. Od Pablopavo i Ludzików nie słychać przepychu, bo całość prezentuje się w dobrym smaku.

32. The Carters – EVERYTHING IS LOVE

Zdaję sobie sprawę, że debiutancka płyta państwa Carterów to nie szczyt wyżyn artystycznych. Mimo wielu sprzecznych opinii na temat tego krążka, spekulacji, ja nie odniosłam wrażenia, by EVERYTHING IS LOVE było wyłącznie efektem chęci uzyskania atencji ze strony słuchaczy. Przez modne, ale porządnie wyprodukowane, czerpiące z różnych, choć przede wszystkim hip-hopowych i trapowych inspiracji kompozycje zdołały być dla mnie na tyle przyjemnymi, by po prostu to wydawnictwo polubić.

31. Mariah Carey – Caution 

Królowa powraca – może nie na sam szczyt, ale z godnością. Caution z pewnością nie jest najlepszym, czego dokonała w swojej bogatej dyskografii Mariah Carey, ale ciężko powiedzieć, by była to płyta słaba. Wokalistka nadal najchętniej trzyma się R&B, proponując jednak słuchaczom nagranie bardziej nowatorskie, ale nie wprost komercyjne.

30. duendita – direct line to My Creator

Ciężko ukryć, że duendita wiele zawdzięcza swojej charakterystycznej barwie głosu. Ale rzecz w tym, że wykorzystuje ją poprawnie, a direct line to My Creator to zbiór przede wszystkim skromnych melancholijnych kompozycji, które pozwalają uwydatnić wokal artystki i wysunąć go na pierwszy plan – na jaki zasługuje.

29. Kimberose – Chapter One 

Brakuje mi na scenie muzycznej kobiet takich jak Kimberose. Ta nie zwraca na siebie uwagi samą osobą, ale tym, co możemy od niej usłyszeć. Kompozycje zawarte na jej debiutanckim longplayu, Chapter One są wyraziste i kobiece, czego ogromną zasługą jest choćby sama barwa głosu wokalistki.

28. Joji – BALLADS 1

Tytuł tego wydawnictwa nie jest w żadnym wypadku mylący, gdyż BALLADS 1 to rzeczywiście po prostu komplet ballad. Brzmi banalnie, ale mimo wszystko swoją skromnością i naturalnością Japończyk zdołał mnie urzec.

27. Pinc Louds – Delancey St. Station

Patrzy się na niego z przymrużeniem oka, ale słucha nieźle. Pinc Louds taki jest – groteskowy, przerysowany, ale i odważny, a z jego muzyki zawartej na Delancey St. Station bije ciepło. To płyta, do której melodii można się szczerze uśmiechnąć, ale na pewno nie przeszkadza to w stwierdzeniu, że znajduje się na niej porcja porządnej i oryginalnej muzyki.

26. Tash Sultana – Flow State

Ciężej zabrać się za wysłuchanie płyty długiej, niż takiej trwającej nieco ponad pół godziny. W przypadku Tash Sultany godzina spędzona jest bardzo miło, nawet jeśli miłośnikami albumów takiej długości nie jesteście. Wokalistka, która w tym roku oddała w ręce słuchaczy debiut, czerpie na nim z wielu gatunków, przede wszystkim jednak pozostawiając wrażenie, że to naprawdę dopracowany krążek.

25. Jazzanova – The Pool

Powiedziałabym, że dawno nie natknęłam się na jazz tak nowatorski – ale to chyba złe określenie. Dawno nie natknęłam się na jazz tak otwarty jaki proponuje JazzanovaThe Pool będzie dobrą propozycją dla osób, których ten gatunek jeszcze nie do końca przekonuje, chociaż próbują. Bowiem muzycy Jazzanovy chętnie mieszają wiodący nurt z innymi muzycznymi inspiracjami, tworząc misz-masz nie idealny, ale budzący ciekawość.

24. Troye Sivan – Bloom 

Bliska  byłam stwierdzenia, że 2018 rok pod względem popowych albumów do porażka na całej linii. Znalazło się jednak parę wykonawców, którzy postanowili trochę odtruć słuchaczy. Z przyjemnością powitałam w tym małym gronie Troye’a Sivana, który na drugiej płycie poczęstował nas niezwykle smacznymi, subtelnymi popowymi numerami, niejednokrotnie jednak sięgając po ballady. To duży krok naprzód po poprzedniku, Blue Neighbourhood.

23. Orchid Mantis – Yellow House

Pojawili się w 2018 roku dwa razy. Pierwszy raz z Kulla Sunset, drugi właśnie z Yellow House. Ten właśnie album to tylko minimalny spadek w dół, ale w żadnym wypadku zła pozycja. Orchid Mantis trzymają się tego, co wychodzi im najlepiej, czyli klimatycznych utworów na długie wieczory.

22. Ariana Grande – Sweetener 

Mało jaki „zwrot akcji” ucieszył mnie w tym roku tak bardzo jak właśnie Sweetener Ariany Grande. Ponieważ trzymałam się twierdzenia, że piosenkarka powinna iść odważniej w stronę R&B, zerkając na pop, a nie na odwrót, płyta ta niemal w pełni spełniła moje oczekiwania, dostarczając najlepszych kompozycji w karierze artystki.

21. Jorja Smith – Lost & Found

Debiutanci 2018 roku spisali się niemal na medal. Jorję Smith śmiem nawet nieśmiało określić nadzieją R&B. Na pierwszym wydawnictwie, Lost & Found czaruje swoim głębokim wokalem i łatwością, z jaką odnajduje się w wiodącym gatunku.

20. Christina Aguilera – Liberation 

Jak już się do kogoś zniechęcę, to ciężko tę niechęć przezwyciężyć. Christinie Aguilerze jednak się udało. Liberation to bardzo dojrzały, naturalny i szczery krążek, na którym nie brakuje porządnych kompozycji. 6 lat czekania były warte takiego albumu.

19. Mild Orange – Foreplay 

2018 miał to do siebie, że nie we wszystkich strefach muzyki był udany, ale klimatycznych krążków do słuchania w samotności, najlepiej późną porą, ukazał się aż nadmiar. Założona w 2016 roku dream-popowa grupa Mild Orange w końcu oddała nam w ręce debiut, a ten nie zawodzi.

18. Peach Pit – Being So Normal

Oto i kapela dla tych, którzy sami jeszcze nie wiedzą jaki gatunek przemawia do nich najbardziej. Debiutancki długogrający album formacji, Being So Normal to niewiarygodnie naturalne przejścia między indie-rockiem, indie-popem, a soulowymi klimatami. Nie jest tu idealnie, ale z pewnością na nudę ciężko narzekać.

17. Cavetown – Lemon Boy

To czym urzekł mnie ten brytyjski artysta to przede wszystkim wielka muzyczna wrażliwość. Kompozycje zawarte na Lemon Boyjego drugim już długogrającym krążku, cechują się ponadto wielką dojrzałością i subtelnością. Jeśli lubicie delikatne, ale świadome brzmienie, Cavetown będzie strzałem w dziesiątkę.

16. Sebastian Roca – Parkview Demos 

Debiut Sebastiana Roci to zaledwie pół godziny, lecz bardziej optymalnego czasu nie mogłabym sobie zażyczyć. Choć kompozycje dopiero startującego w muzyczny świat artysty są niezwykle skromne oraz niespecjalnie przekombinowane, po prostu urzekają melancholijnym klimatem, któremu ciężko się oprzeć.

15. Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

Jeden z najważniejszych zespołów polskiej sceny muzycznej powrócił trzy lata po wydaniu albumu Dzieciom, z którego to pochodzi przebój grupy, Wojenka. Tym razem Lao Che zamiast czytać bajki, postanawiają dać słuchaczom lekcję wosu, a to wychodzi im równie dobrze. Wyraziste melodie, jak zawsze bezzarzutowe teksty, wszystko zamknięte w muzyce w dużej mierze opartej na syntezatorach, chętnie zwracającej się w stronę popu, ale niepozwalającej przeobrazić się w bezmyślny mainstream.

14. Lily Allen – No Shame

Bywała zadziorna, prowokująca, choć do zawsze do pewnego stopnia. No Shame od Lily Allen to odrzucenie prostych, popowych melodii, z których mogliśmy kojarzyć tę wokalistkę, na rzecz po prostu szczerych utworów, które nie raz okazały się być bardziej poruszające, niż można się było spodziewać.

13. Kali Uchis – Isolation

Ledwo wtargnęła na scenę muzyczną, a już poszczycić się mogła nominacją do Grammy. Isolation to debiut, który określiłabym do bólu uwspółcześnionym obliczem soulu flirtującego z R&B przyprawionym popem. To smakowity zestaw, do którego wraca się z chęcią.

12. Leski – Miłość. Strona B

Leski zdecydował się oddać w nasze ręce album, którym nie odetnie od siebie twórczości z czasów .splotu, ale wniesie do swojego repertuaru coś zupełnie świeżego. Teksty utworów, przedstawiające niebanalne oblicza miłości oscylują między dźwiękami syntezatorów, ale i niejednokrotnie melodiami czerpiącymi z ambient- bądź dream-popu. To zestawienie tworzy poruszającą, romantyczną całość.

11. Orchid Mantis – Kulla Sunset

Orchid Mantis to w świecie muzyki zjawisko dość tajemnicze, o którym nie dowiecie się specjalnie wiele, poza samą twórczością. W minionym roku wydali 2 krążki. Oba obracają się w podobnych, blusowo-soulowych klimatach, jednak mimo wszystko to pierwszy z nich, Kulla Sunset wydał mi się delikatnie wzbić ponad następcę, serwując nam wyraziste, ale nienachalne kompozycje.

10. Brian Newman – Showboat

Najpierw zaaranżował album dla Lady Gagi i Tony’ego Bennetta, jego trąbkę usłyszeć możemy każde na epce A Very Gaga Holidaytrzy grosze dorzucił do Just Another Day umieszczonego na płycie Joanne. Teraz postanowił sam spróbować swoich sił solo. Brianowi Newmanowi na Showboat wyszedł naprawdę smakowity jazz, choć o „gagowych” korzeniach nie zapomniał i nawet tu nie rozstał się z wokalistką, serwując nam kolaborację z klasą.

9. Tom Misch – Geography

Urzekł mnie za sprawą łatwo wpasowującego się w moje klimaty Movie, ale i całym krążkiem utrzymał poziom. Inspiracji tu mnóstwo – poprzez blues, soul, pop, a nawet funk. Geography jest płytą niezwykle różnorodną i, jak na taką różnorodność, jednocześnie bardzo spójną. I choć daleko jej do ideałów, pokładam w Tomie Mischu wielkie nadzieje.

8. Patrick the Pan – trzy.zero 

Wielbiciele muzyka zapewne przebierali nogami z niecierpliwości. Ale jest – po trzech latach Patrick the Pan częstuje nas krążkiem, którego poziom, śmiem twierdzić, ciężko będzie mu przebić kolejnym wydawnictwem. Bowiem to właśnie trzy.zero jest płytą najbardziej w jego dorobku wyrazistą, której warstwę zarówno muzyczną jak i liryczną ciężko z głowy wyrzucić.

7. Editors – Violence

Szóste już długogrające dzieło Editors to kolejny eksperyment brzmieniowy – choć nic w tym dziwnego, bo muzycy nigdy nie dali się zaszufladkować w jeden gatunek. Tym razem odważnie próbują swych sił w byciu przebojowym, ale i niebanalnym. Mroczne gitary przeplatane dźwiękami syntezatorów, brzmienia typowo alternatywne, po których następują chwytliwe melodie – wygląda na mieszankę wybuchową, ale koniec końców, to mieszanka ze smakiem.

6. Julia Pietrucha – Postcards from the Seaside

Kto by się spodziewał, że ta dziewczyna tak namiesza na polskiej scenie muzycznej? Kompozycje z drugiego longplaya wokalistki stoją na najwyższym poziomie. Przede wszystkim to pozycja stojąca kilka stopni wyżej niż debiut artystki. Mieszanka utworów przesiąkniętych smutkiem z tymi energicznymi. Znalazło się też miejsce na chwile czystego mroku, a wszystko zamknięte w iście morskiej otoczce. Tak, to najlepszy polski krążek 2018 roku.

5. Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox – Blue Mirror

Największe przeboje pokroju Genie in a Bottle, Life on Mars?, Africa, a nawet Dancing Queen w zupełnie nowych, retro-wersjach? Tak, to możliwe. Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox tym właśnie się zajmują – utwory, częstokroć te najbardziej rozpoznawalne aranżują w zupełnie wyjątkowy sposób, gdyż tworzą z nich kompozycje jazzowe. Brzmi to niesamowicie dobrze i ani trochę kiczowato.

4. Beach House – 7

Tegoroczna płyta Beach House to prawdziwa gratka dla wymagających melomanów, którzy cenią sobie niekoniecznie łatwo wpadające w ucho piosenki. Czerpiące z ambientu nowe kompozycje grupy zamiast tego szybko chwytają za serce, uzależniając nie prostymi refrenami, ale poruszającym, chłodnym klimatem.

3. Onyx Collective – Lower East Suite Part Three

Co roku czekam na coś, co pozostawi mnie bez wątpliwości, ze stwierdzeniem: „To naprawdę dobra muzyka”. Ciężko nazywać mi siebie notorycznym słuchaczem jazzu, ale kiedy już na niego trafiam, zwykle udaje mi się trafić w porządne brzmienia. Pochodzący z Nowego Jorku Onyx Collective nie potrafią pozostawić słuchacza obojętnego na ich urbanistyczną twórczość, dopracowaną w każdym najmniejszym szczególe, ale chętnie sięgającą po nowe rozwiązania i muzyczne eksperymenty.

2. Son Lux – Brighter Wounds

Ci panowie wysoko postawili sobie poprzeczkę już w 2013 roku, kiedy to ukazali światu mroczny, ale wypełniony wrażliwością i poruszającymi kompozycjami album Lanterns. Nie do końca udało im się mnie kupić ponownie przy okazji pochodzącego z 2015 Bones, ale już tegorocznym wydawnictwem uczynili to niezwykle szybko. Brighter Wounds to esencja tego, za co można uwielbiać ten projekt, a więc baza w postaci bardzo nietypowych melodii z nutą świeżości i zaskoczenia.

1. Arctic Monkeys – Tranquility Base Hotel + Casino

Do ostatniej minuty targały mną wątpliwości, czy Arctic Monkeys powrócą z klasą. Na szczęście pierwsze sekundy Star Treatment sprawiły, że odetchnęłam z ulgą. Tranquility Base Hotel + Casino to wspaniała podróż, podczas której melodie Alexa Turnera  zabierają nas wprost do lat 70. Nowy krążek zespołu to płyta przepełniona tak wyrazistą melancholią, jakiej w dyskografii muzyków jeszcze nie spotkaliśmy.

7 Komentarzy

  • Kilka z tych płyt znajdzie się i u mnie w podsumowaniu, m.in. Lao Che, Albo Inaczej czy Jorja. Generalnie sporo tutaj muzyki, o której nie miałam pojęcia. Przesłuchałam już „Blue Mirror” i jest świetne!
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂
    po-słuchaj.blogspot.com

  • „Queen” to zdecydowanie komercyjnie udany album. Producencko wypadł bardzo dobrze i nawet jeśli nawijka Nicki czasem zamula, to podkłady muzycznie bronią każdy numer, no może prawie każdy 🙂

    „Jubilee Road” – nie mogę powiedzieć, że to nieudana płyta. Przez dwa dni wprawiała mnie wieczorami w fajny klimat, ale szybko zaczęła mnie nudzić. Już praktycznie do niej nie wracam. Z obecnej perspektywy album oceniam nieco gorzej, ale to dlatego, że mam ogromny sentyment do dwóch poprzednich krążków i wysokie oczekiwania względem Toma.

    „OIL OF EVERY PEARL’S UN-SIDES” – pisałem to już gdzieś, ale dla mnie ten album był porażką. Zupełnie nie kupuje tego klimatu i wizerunku wokalisty.

    „EVERYTHING IS LOVE” – jedna z moich topek roku. Dziś już mało do niej wracam, ale przy tej płycie spędziłem mnóstwo czasu. No i rewelacyjne „Apeshit” <3

    "Sweetener" – dla mnie rozczarowanie roku, jak nie rozczarowanie ever. Pojedyncze single mi się wkręcają, ale całościowo za słooooodko.

    "Liberation" – tutaj bywało różnie. Połowa albumu świetna, a druga zamula. Ze świadomości wypieram nieudaną część i całość oceniam na pozytywnie 🙂

    "Isolation" – zdecydowanie zasługuje na wysokie miejsca w takich zestawieniach. To jeden z lepszych albumów. Świetne aranżacje i wokal, który w połączeniu z podkładem wprowadza w słuchacza w niesamowity klimat.

    Pozdrawiam!

    • Mam bardzo podobne odczucia do Toma. Lubię tę płytę, ale Wrong Crowd było dla mnie na tyle odważne i różnorodne, że nie wiem, czy Tom będzie w stanie je czymś przebić 😀 Dzięki za obszerny komentarz!

  • Sporo takich, o których nie słyszałam wcześniej. Z tych najwyższych miejsc najbardziej lubię AM. Nie rozumiem hejtów na ten album. Jest piękny. Kompletnie zapomniałam o Son Lux 😮 Pora nadrobić.

    Nowy wpis na https://the-rockferry.pl/

  • W Twoim topie najbardziej cieszy mnie obecność Bishop Briggs, Thomasa Aziera, Donny Missal, Tash Sultany i Jorji Smith (fatalnie zacząłem to zdanie i teraz muszę wszystkich odmieniać 😉 ). Jest też kilka albumów, z którymi chętnie się zapoznam, chyba najbardziej mnie zainteresował Onyx Collective.

    Pozdrowienia i wszystkiego dobrego w 2019! 🙂

Pozostaw odpowiedź Karolina Anuluj pisanie odpowiedzi