RECENZJA #120: Paloma Faith – The Architect (2017)

Tworzenie w dzisiejszych czasach dobrego popu jest niejako wyzwaniem. Coraz trudniej zamiast powielać schematy tworzyć coś nowego, oryginalnego i jednocześnie po prostu porządnego. Za Palomą Faith nigdy nie szalałam nadmiernie, nigdy też nie zaliczała się ona do ścisłego grona moich ulubionych wokalistek, ale jej nazwisko było dla mnie w pewnym sensie sygnałem jakości. Choć nigdy nie wyrywała się do grania alternatywy ani specjalnie nie wychylała się poza ramy muzyki komercyjnej, przez większą część swojej kariery udawało się jej utrzymać przyzwoity poziom. Ale czy na The Architect też się jej to uda?

Naprawdę z chęcią podeszłam do tej płyty. Intro Evolution, w którym wita nas swoim krótkim, ale emocjonalnym monologiem Samuel L. Jackson wypowiedzianym na tle wyciszonej melodii. I dalej wcale nie jest najgorzej. Tytułowa power-ballada przekonuje swoją wyrazistą produkcją i pełnym mocy refrenem. Podobnie jak zresztą kolejna, wykonana z prawdziwą klasą, odważna Guilty, którą uznaję za najmocniejszy punkt The Architect. Nie zawodzi i funkujące, taneczne, czerpiące z disco Crybaby. I o ile duet I’ll Be Gentle odśpiewany u boku Johna Legenda z pewnością nie góruje na tym albumie, to i tak słucha się go lepiej niż… reszty.

Kolejny mówiony interlude, Politics of Hope, tym razem płynący z ust Owena Jonesa przerywa tę przyjemniejszą część wydawnictwa. Następujące po nim Kings and Queens to bardzo prosta popowa piosenka, o banalnej linii melodycznej, godna debiutantów, a nie wokalistki z czterema longplayami na koncie. Podobnie zresztą jak niewykorzystujące pełni potencjału (o ile podobają mi się funkowe inspiracje, o tyle część refrenu trąci banałem) ‚Til I’m Done. Sytuacji nie poprawia zamykające płytę nieciekawe Love Me As I Am. Nie przekonuje też nieco surowsze, ale dość monotonne Still Around, nie pozostaje nic w głowie i po kolejnych przesłuchaniach WW3 (poprzedzanego interlude’em Pawns z udziałem BabyNYM Janelle. Ponadto Paloma wypełnia miejsca kompozycjami pokroju dość nużącego Warrior. Z tej drugiej połowy płyty zdecydowanie najbardziej wyróżniają się dość ciepłe i wypadające naturalnie Lost and Lonely (ciekawy wokal piosenkarki i urozmaicenie instrumentami dętami), czy wyraziste, surowsze Surrender.

Paloma Faith czwartym albumem postawiła słuchaczom oczekiwania – których niestety (a przynajmniej w moim odczuciu) nie spełniła. Choć oczywiście The Architect nie jest płytą, jakiej słucha się z bólem uszu, to po prostu płyta pełna zapychaczy; płyta, której zabrakło pomysłu. To album ani specjalnie zły, ani specjalnie dobry – zwyczajnie dość nijaki. Jest tu parę wybijających się momentów – choć i im ciężko się przebić całkowicie, gdy wokół tyle zapychaczy. Szkoda. [2/5 stars2/5 stars2/5 stars]

Sprawdź: Guilty, Crybaby, Surrender

2 Komentarze

  • Uwielbiam Guilty. Jej poprzednie albumy lepsze o wiele niż ten. Super recenzja.

  • Bywają takie momenty na tym krążku, gdzie mam nieodparte wrażenie jakbym słuchał Sia. Po pierwszym odsłuchu mam podobnie jak ty – mocna średniawka. Chyba nic mnie nie zatrzymało na dłużej, a to nie wróży dobrze. Nie zwiastuje wielkich rzeczy, choć wokal Palomy jak zawsze mnie intryguje. Bywają momenty fajne, jak chociażby „Cry Baby” to jednak większość to typowe zapychacze.

Dodaj komentarz