RECENZJA #122: Billie Eilish – dont smile at me (EP, 2017)

Zarówno patrząc na nią jak i słuchając jej ciężko uwierzyć, że jest tak młoda. Billie Eilish wydała swoją debiutancką epkę mając zaledwie 15 lat, a od razu zdobyła niewyobrażalne uznanie: wokalistka pochwalić się może wydawnictwem pokrytym złotem. Kto by się spodziewał, że będzie nim trwający niecałe pół godziny minialbum dont smile at me? Sprawdźmy, czy jest czym się zachwycać.

Wydawnictwo Amerykanki jest przede wszystkim różnorodne. Choć włączając surowe COPYCAT wydaje się, że czeka nas przyjemna na początku, lecz nużąca z czasem wędrówka przez trapowe beaty, w rzeczywistości czeka na nas o wiele więcej atrakcji. A zwolenników hip-hopu od razu warto odesłać do zamykającego epkę duetu z Vince Staples zatytułowanego &burn.

Osobiście największe wrażenie Billie pozostawia na mnie po sobie przez ballady. Najmocniejszym punktem dont smile at me jest oparte na pianinie, przesiąknięte smutkiem idontwannabeyouanymore, które przyciąga przede wszystkim warstwą tekstową, ale i czystym śpiewem Eilish. To kompozycja tak dobra, że pozostawia mnie z pytaniem: czy w tym wieku można właściwie nagrać lepszą balladę? Dobrym, choć nie robiącym tak wielkiego wrażenia jest także subtelne watch, przykuwające uwagę nałożonymi na siebie wokalami. Jeszcze chętniej sięgam po przestrzenne, inspirowane ambientem ocean eyes. W podobnej konwencji utrzymano skromne hostage.

Mimo przewagi monotonnych, aczkolwiek poruszających ballad, z podziwem patrzę na odbiegające od schematów my boy, łączącego melodię ducha poprzednich dekad z nowatorskim, elektronicznym brzmieniem, które tworzy oryginalną, porywającą całość. Zaskakuje oparte na ukulele, urocze party favor, gdzie najciekawszym zabiegiem jest wytłumienie wokalu artystki w pierwszej połowie utworu. Najsłabszym zaś momentem tego wydawnictwa jest najbardziej popowe nagranie ze wszystkich – bellyache, które równie mogłaby piosenkarce podebrać Alessia Cara.

Cieszy mnie obecność Billie Eilish na rynku muzyczym. Cieszy mnie także rosnąca jej popularność, gdyż rzeczywiście obracająca się w artpopowej stylistyce twórczość młodej piosenkarki jest warta uwagi. Choć cała otoczka sławy niejednokrotnie odstrasza melomanów, w przypadku Billie nie ma się czego obawiać, gdyż sprawia wrażenie wokalistki niezwykle świadomej i dojrzałej. Może i nie jest to płyta idealna, ale z pełną szczerością trzymam za nią kciuki i liczę, że taki talent nie zostanie zaprzepaszczony. [2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars]

Sprawdź: idontwannabeyouanymoremy boy

2 Komentarze

  • Epki nie słuchałam, ale ostatnio bardzo polubiłam się z „lovely”. Bardzo wkręcił mi się ten numer, więc i za „dont smile at me” się wkrótce wezmę.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂
    po-sluchaj.blogspot.com

Dodaj komentarz