RECENZJA #126: Fleet Foxes – Helplessness Blues (2011)

Ciężko w dzisiejszym muzycznym świecie być oryginalnym – nie mówię tu tylko i wyłącznie o wykonawcach popowych. I w przypadku tej niekomercyjnej muzyki twórcy miewają problem z zaskoczeniem odbiorcy czymś zupełnie świeżym. Nie ma się co dziwić, skoro dźwięków jest tak wiele, a każdy może być inspiracją. Istotnym jest jednak, by wyciągać z tych inspiracji to co najlepsze, a doprawiać swoją wyjątkowością. Ilekroć słucham Fleet Foxes mam wrażenie, że tego się trzymają – że ich zasada brzmi: „zrobić folk, który zabrzmi inaczej”.  Już na pierwszym krążku, tym pochodzącym z 2008 roku, zatytułowanym po prostu Fleet Foxes, muzycy dali się poznać jako grupa, która w muzyce folkowej stawia na nie tylko naturalność, ale i harmonię.

3 lata po debiucie amerykańscy muzycy postanowili wydać drugi krążek (po którym, swoją drogą, zrobili sobie całkiem długą, bo aż sześcioletnią przerwę zanim zebrali się na nagranie kolejnego). Helplessness Blues to w pewnym sensie kontynuacja tego, co dla nich typowe, ale słuchając kompozycji z 2011 roku odczułam, że jeszcze większy nacisk położyli na mistycyzm tych utworów. Przekonuje o tym już otwierająca tę płytę,  tajemnicza Montezuma, która przypomina za co ten zespół można polubić. Ciekawym nagraniem jest także orientalne i nieoczywiste Bedouin Dress. Jego wspomnieniem zdaje się być występujące później krótkie, instrumentalne The Cascades. Do grupy ulubionych zaliczam też wypadające na tle pozostałych kompozycji dość energicznie Grown Ocean. Wyróżnia się i samo nagranie tytułowe, w którym słychać wpływy country – szczególnie jednak podoba mi się dosadny wokal Robina Pecknolda na tle cichego instrumentalu.

Łatwo zauroczyć się momentami baśniowym nastrojem, jaki Fleet Foxes potrafią stworzyć. Sam tytuł utworu Sim Sala Bim zapowiada kompozycję magiczną. Ja jednak o wiele chętniej sięgam po nieco surowsze Battery Kinzie o wyraźnej i ciężkiej grze bębnów. Podobny nastrój udało się muzykom stworzyć w Lorelai, choć tutaj gorycz przełamują gitary i wokale – jak to na tę grupę przystało, bardzo harmonijne. Nagraniem utrzymanym w charakterystycznym dla grupy tonie jest także mistyczne, idealnie poukładane The Plains / Bitter Dancer. Z dwójki takich jednak łamanych przez siebie utworów zdecydowanie chętniej stawiam na The Shrine / An Argument, w którym podoba mi się gwałtowne przejście z utrzymanej w poważnej stylistyce melodii w delikatne, subtelne granie. Zdołałam zauroczyć się minimalistycznym, gitarowym Blue Spotted Tail, w którym główną rolę odgrywa wokal – kompozycja ta urzeka swoją skromnością i nienachalnością. Choć przyjemnie słucha się także Someone You’d Admire, uważam, że to najmniej zaskakująca pozycja z wydawnictwa, która przypomina mi wiele innych, folkowych utworów, z jakimi się spotykam.

Fleet Foxes nie sposób nie docenić, bo spotkać tak wyjątkowy klimat i otoczkę w muzyce folkowej jest ciężko. Choć nie brakuje w tym gatunku płyt dobrych, trudno ukryć, że wielu artystów nie ma już głowy do wymyślania coraz to bardziej zaskakujących rzeczy. Może i muzycy z Fleet Foxes nie budzą tak ogromnego zdziwienia, jak przy zetknięciu z ich imiennym krążkiem, ale co najbardziej podoba mi się w Helplessness Blues to fakt, że jak najchętniej uwydatniają to, co dla nich najbardziej charakterystyczne, by nie dać szybko o sobie zapomnieć, by nie pozostawiać wątpliwości, czy to oby na pewno oni. Przyznaję, że na dłuższą metę mało tu brzmieniowej różnorodności i lepiej sięgać po te kompozycje pojedynczo, bo całym zestawem łatwo się zmęczyć – jednak pozostaję przy stwierdzeniu, że ten drugi longplay to dobra płyta i zostawiam im dobrą ocenę za to, że wiedzą na czym stoją. [2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars]

Sprawdź: Montezuma, Bedouin Dress, Battery Kinzie

5 Komentarzy

Dodaj komentarz