RECENZJA #127: Fruit Bats – Absolute Loser (2016)

Są dość specyficznym zespołem, bo… mają tylko jednego stałego członka. Fruit Bats, projekt Erica D. Johnsona powstał w 1997 roku i cechuje się tym, że wciąż się w nim coś zmienia – może nie są to rewolucje w kierunku muzycznym, w jakim ta grupa podąża, ale sami twórcy często przychodzą i odchodzą. Co ciekawe, w 2013 roku lider formacji oznajmił zakończenie działalności tego zespołu, by… powrócić po dwóch latach. Za to w 2016 ukazał się ich „comebackowy” krążek, przewrotnie zatytułowany Absolute Loser. Chciałam jednak nie sugerować się tą nazwą, by płyta ta nie okazała się porażką. Jak było?

Spoglądając na okładkę Absolute Loser włączyłam ten krążek spodziewając się, że usłyszę na nim muzykę indie przyprawioną szczyptą mroku. Rzeczywistość okazała się inna, bo wita na łączące indie-pop z folkiem, całkiem pozytywne i energiczne nagranie From a Soon-to-Be Ghost Town, w którym znalazło się miejsce na inspiracje country. Nie robi ona jednak na mnie większego wrażenia. Bardziej przekonujący jest jej następca w postaci surowszego, wciąż utrzymanego w inspirowanym folkiem klimacie Humbug Mountain Song. Najbardziej rockowym zacięciem cechuje się natomiast gitarowe, ale melodyjne My Sweet Midwest. Okazuje się jednak, że Fruit Bats lubią też sięgnąć czasami po syntezatory, o czym świadczy Good Will Come to You, w którym podoba mi się zabawa głosem Erica D. Johnsona, ale irytuje prosty refren. Nie do końca przekonuje również monotonne i mało ciekawe na dłuższą metę None of Us.

 Poza tym zestawem nieco bardziej energicznych dźwięków, trzeba wspomnieć, że jednak na swoim szóstym krążku Fruit Bats serwują też sporo ballad. Ciężko tu o jakieś brzmieniowe zaskoczenie i w większości przypadków obsypanie grupy komplementem większym niż „przyjemna kompozycja”. Sam utwór tytułowy to miłe dla ucha brzmienie gitary. O wiele jednak lepiej przedstawia się skromne Baby Bluebird, będące w moim odczuciu najbardziej emocjonalnym utworem z tej płyty. Spora w tym zasługa subtelnej gry instrumentów, które przenoszą w czasie i wokalu Johnsona, który brzmi tu niezwykle naturalnie. Całkiem nieźle przedstawia się także akustyczne Birthday Drunk, na którego dźwięk mam przed oczami Neutral Milk Hotel, czy charakterystyczne ze względu na walczykowaty rytm It Must Be Easy (równie dobrze mogłoby być wydane kilka dekad temu). Dobrze słucha się też minimalistycznego Don’t You Know That. 

Choć słuchanie Fruit Bats w żadnym wypadku mnie nie boli, ich płyta ma jedną wadę, która zaś ciągnie za sobą kolejne – jest nużąca. Jako osoba, która ma słabość do muzyki w klimacie indie powinnam mimo wszystko wychwalać ten album. Jednak Absolute Loser to stanowczo za mało jak na wydawnictwo tak długo działającej formacji – bo w końcu to już szósta płyta. A przy takiej warto byłoby czymś zaskoczyć, z czymś poeksperymentować, spróbować czegoś świeżego. To była może i przygoda w miarę przyjemna, ale jednorazowa – bo śmiem wątpić, że ta grupa będzie mi jeszcze kiedyś towarzyszyć, chyba, że z ciekawości by sprawdzić ich nowe twory. [2/5 stars2/5 stars2/5 stars]

Sprawdź: Baby Bluebird, Birthday Drunk, Humbug Mountain Song

1 Komentarz

Dodaj komentarz