RECENZJA #128: Beirut – Gallipoli (2019)

Cztery lata – tyle zajęło grupie Beirut przygotowanie następcy pochodzącego z 2015 roku No No No. Choć to dość sporo, zespół (a właściwie ich nowy album) zdołał wywołać wśród krytyków różne, sprzeczne odczucia. Jedni twierdzą, że to zdecydowany postęp, inni wręcz przeciwnie, że muzycy trzymają się wciąż tego samego, jeszcze inni, że może i epka byłaby poprawna, ale longplay nie był dobrym pomysłem. Choć zawsze staram się nie sugerować opiniami innych (mimo, iż z chęcią ich wysłuchuję), trzeba przyznać, że taki szum nieco intryguje. Jest się o co sprzeczać, czy jednak Gallipoli to płyta po prostu przeciętna?

Słuchając najnowszej pozycji Zacha Condona i spółki, pierwsze co mi się w uszy rzuciło to wrażenie położenia większego nacisku na to, by te kompozycje były z klasą. Z przyjemnością słucha się otwierającego płytę When I Die, łączącego tradycyjne, folkowe brzmienie z instrumentami dętymi – te drugie są tu wspaniale wyeksponowane, jednocześnie zachowując subtelność. Wyrazu nadają też zresztą samemu nagraniu tytułowemu, przerywając jego minimalistyczny początek. Czynią te kompozycje bardziej wzniosłymi, nadają patosu, a wygrywane przez nie melodie przypominają o fakcie, że nagrywane było między innymi we Włoszech. Ciepło bije także od skromnego Varieties of Exile, którego cały urok opiera się na grze ukulele, nadającemu tej kompozycji lekkości. Takim zwiewnym, choć jednocześnie mniej wyrazistym nagraniem jest I Giardini. 

Lubię na Gallipoli słyszalną chęć eksperymentów. Bywają one bardziej lub mniej udane, jednak nie pozostawiają wątpliwości, że artyści nie chcą stać w miejscu. Dlatego chętnie łączą ostre, piskliwe momentami dźwięki z łagodną wiodącą melodią – jak w przypadku krótkiego, instrumentalnego, ale ciekawego On Mainau Island, wiarygodnie przenoszącego w świat tej grupy. Niezwykle porywają mnie obecne w Corfu soulowe inspiracje oraz krótkie, ale wyraźne uderzenia w klawisze pianina – wszystko to przyprawione abstrakcją i jazzowym zacięciem. Ciekawą koncepcją cechuje się też We Never Lived Here, gdzie melodia płynąca z syntezatora przeplata się z trąbkami – daje to iście kosmiczny efekt. Nieco mniej porwało mnie organowe Landslide, w którym brakuje mi… głębi i bardziej interesujących rozwiązań.

Nie od dziś wiadomo, że Beirut z bałkańskim folkiem się lubią. Jego największe wpływy słyszę na Gallipoli w kilku konkretnych kompozycjach. W Gauze fur Zach takiego wrażenia nadają harmonijne wokale, choć sam tytuł już daje znać, że nagrywając tę płytę muzycy zawitali także do Niemiec. Głos lidera zespołu spore znaczenie ma także w łagodnym Family Curse. Light in the Atoll za wyjątkowy klimat odpowiada m.in. subtelna gra instrumentów perkusyjnych, za to zamykające krążek Fin jest wspaniałym zwieńczeniem tego krążka, kompozycją rozpoczynającą się zadziwiającymi wysokimi dźwiękami syntezatora, które zostają w końcu zastąpione pianinem, by po chwili znów powrócić.

Gallipoli jest płytą, której warto dać czas. Bo choć przyda się do jej zrozumienia odpowiedni nastrój, jestem pewna, że w końcu jest w stanie naprawdę urzec – przede wszystkim swoim ciepłem i harmonią. To muzyka, której chce się słuchać letnimi wieczorami lub podczas najlepszych podróży ze wspaniałymi krajobrazami. Przede wszystkim jednak zadziwia to, jak wielu instrumentów na niej użyto – te dźwięki są zaskakujące, nie tylko przez to, że jest ich mnóstwo, ale także dlatego, iż pomimo tej ilości potrafią zachować album stabilnym i spójnym. Jest specyficznie, ale bardzo zgrabnie. [2/5 stars2/5 stars2/5 stars2/5 stars]

Sprawdź: Varieties of Exile, Corfu, When I Die

3 Komentarze

Pozostaw odpowiedź bartosz-po-prostu Anuluj pisanie odpowiedzi