RECENZJA #131: Rosie Carney – Bare (2019)

Rosie Carney musiała uzbroić się w cierpliwość. Choć zadebiutowała prawie 3 lata temu utworem Better Man, jej debiutancki krążek ukazał się dopiero w 2019 roku. Ta wspomniana kompozycja nie była zresztą jedyną, jaką poczęstowała nas przed longplayem. W sieci pojawiły się łącznie jej trzy autorskie piosenki. W 2017 roku usłyszeliśmy jeszcze Awake Me oraz Your Moon, z czego tylko tą pierwszą wokalistka zdecydowała się umieścić na płycie. Nie ukrywam, że mi jednak zaimponowała najbardziej coverem K. od Cigarettes After Sex. Trzeba przyznać, że sztuką jest nie odebrać tej kompozycji wyjątkowości – jej interpretacja zaś prawdziwie mnie urzekła. Wszystkie te przedsmaki utwierdzały mimo wszystko w przekonaniu, że podstawą muzyki tej piosenkarki będzie minimalizm. I rzeczywiście Bare to zestaw skromny, choć niekoniecznie zły.

O ile do kolejnych indie-popowych wokalistek zaczęłam podchodzić z regularnie zmniejszającą się chęcią, o tyle muszę przyznać, że ta młoda artystka zdołała mnie czymś przy sobie zatrzymać. Na swoim debiutanckim długogrającym krążku nie kombinuje za wiele, co zdecydowanie wychodzi na plus. Najtrafniej jej twórczość można określić mianem cichego folku. Bare otwiera oparte na gitarze akustycznej What You’ve Been Looking For, któremu tajemniczości nadają subtelne, nałożone na siebie, delikatne wokale. W podobnym tonie utrzymane jest samo nagranie tytułowe, wciąż czarujące słodkim głosem piosenkarki, pięknie przedstawiającym się w szczególności na tle płynnych dźwięków pianina. Warto zwrócić uwagę na jeszcze skromniejsze, ale emocjonalne Humans, w którym Rosie pozwala uwolnić z siebie nieco bardziej dosadny śpiew.

Melancholijne Awake Me, które wcześniej poznaliśmy w wersji akustycznej, opartej na pianinie, tutaj zamienia się w kompozycję nie mniej spokojną, ale tym razem pierwotny instrument zamieniony zostaje na o wiele ciekawszą w moim odczuciu grę gitary elektrycznej. Godnym uwagi nagraniem jest także utrzymane w stylistyce lo-fi Orchid, które zachowuje klasę i z szybkością wpasowuje się w czołówkę moich ulubieńców z tego albumu. Słyszalne tutaj instrumenty smyczkowe nadają temu utworowi elegancji – a pojawiają się one zresztą na Bare niejednokrotnie. Pierwszy raz, by nadać chłodu kompozycji Winter, potem znowu subtelnie uzupełniają Your Love is Holy, dodając mu dojrzałego wydźwięku. Uwydatniają też folkowy klimat Thousand –  bardzo udanego duetu z Lisą Hannigan, który przywodzi na myśl najlepsze kompozycje swojego gatunku. Niezwykle podoba mi się także sposób, w jaki został rozbudowany utwór – rozpoczynający się pojedynczymi uderzeniami pianina, które uzupełnione zostają smyczkami i cichą grą perkusji. Dynamika tej pozycji czyni z niej wspaniałą i wzniosłą. Wreszcie Carney zamyka swoje małe dzieło instrumentalnym, zagranym na pianinie, trwającym ponad 3 minuty, w jakiś sposób poruszającym Bud (Rose).

Muzyka zawarta na Bare jest właściwie tak prosta jak okładka tej płyty. Wokalistka nie stosuje żadnych udziwnień, nie szuka na siłę. Choć zrozumiałym byłoby dla mnie, gdyby ten krążek całościowo kogoś znudził – w końcu jest niezwykle spójny, a co za tym idzie – monotonny – mimo wszystko nie w porządku byłoby go nie docenić. To co przede wszystkim mnie urzekło w Rosie Carney to fakt, że w swojej minimalistycznej stylistyce wypada bardzo naturalnie, brzmi szczerze, a co istotne: słychać, że czuje się w niej dobrze. Słowo „bare” oznacza „obnażać” – i rzeczywiście, słuchając tej muzyki wydaje się, że Rosie Carney chce obnażyć się słuchaczowi ze swoich przemyśleń i emocji. []

Sprawdź: Orchid, Awake Me, 7

2 Komentarze

Dodaj komentarz